wtorek, 4 czerwca 2013

Dzień szósty

Leje. Wszystko tonie w wodzie, śniadanko wegetariańskie (ja chcę tosta i herbaty...), w dodatku część owoców znowu nadgryziona. Jakieś cholerne zwierzę zdołało podnieść zrobioną przez Wasyla kratownicę i posiało spustoszenie w naszej spiżarni. Możliwość, że zniszczeń dokonał Tajemniczy Cukierkożerca odrzuciliśmy jednogłośnie na wstępie, ponieważ rabuś zostawił nam na pamiątkę parę kup, przypominających do złudzenia kocie.
Co więcej dzielni strażnicy, trzymający wachtę w nocy twierdzą, że żadna jednostka ludzka w pobliżu się nie pętała. Zauważyliby. Wprawdzie podejrzewam, że Lewy na swej warcie spał, ale niestety, nie mam na to żadnych dowodów. Gdyby przynajmniej chrapał co najmniej tak głośno jak Wasyl... Ten siedział na warcie czujnie i dzielnie, z maczetą na podołku, co wiem, bo podglądałam z szałasu. Jakoś mi tak nieswojo było, że siedział sam przy ognisku, podczas gdy ta słodyczolubna łajza gdzieś się tu pętała. Wasyl może nie jest bezbronnym kurczątkiem, niemniej jednak ktoś, kto nas obserwuje, zamiast pomóc, dobrych zamiarów nie ma. A jeśli ma gnata? Wtedy Marcinowi i dziesięć maczet by nie pomogło. Nie podobało mi się to.
Kiedy wrócił, przekazawszy pałeczkę Fredowi, udawałam twardo, że śpię, odwrócona twarzą do ściany. Wpełzł do szałasu, starając się być jak najciszej, a potem położył się przy mnie, obejmując jedną ręką w pasie. Po chwili już spał, posapując cicho, tak, że czułam jego regularny oddech na karku i we włosach. Zasnęłam z wielkim, idiotycznym uśmiechem na ustach.
Wciąż leje. Zaczęło jakoś nad ranem (przynajmniej tak twierdzi Lewy) i leje, leje, leje, wciąż leje. Wasyl rozważa kwestię budowy arki Noego, twierdząc, że to początek potopu. Biedny Freddy jest smutny, bo Pammy masuje Lewemu plecy. Czy ja już mówiłam, że powariowali z tymi miłościami?
Leżę sobie na brzuchu, wyglądając na zadeszczony świat, jest mi całkiem ciepło (Wasyl powinien się opatentować jako samobieżny piec CO) i przyjemnie, ale Niedźwiedź marudzi.
- Zaraz ocipieję! - jęknął. - Nie cierpię leżeć!
- W żadnych okolicznościach? - wyrwało mi się. Ja i mój głupi jęzor.
Wasyl odwrócił głowę, ale zauważyłam, że uszy miał czerwone niczym znak stopu.
- Leżeć bezczynnie, ruda - sprostował. - O bezczynność mi chodzi.
W ramach robienia czegoś zaproponował Fredowi czytanie notesu. Polega to na tym, że Wasyl czyta i tlumaczy na głos, od czasu do czasu pytając Freddiego co oznacza niezrozumiałe dla niego słowo.
Póki co notatki są średnio interesujące, gość lamentuje głównie, że obiecana łódź nie nadpływa, a jemu się kończą zapasy żywności. Chyba zasnę.

Później

Faktycznie zasnęłam, z twarzą w pamiętniku zresztą. Obudziło mnie uporczywe, acz delikatne dmuchanie w ucho.
- Zamknijcie okno, do cholery - wymamrotałam.
Przeciąg, dmuchający mi w małżowinę, zaczął chichotać, a potem zamruczał znajomym głosem.
- Idgie. Iiidgieeee...
Uchyliłam łaskawie jedno oko i ujrzałam nad sobą Wasyla, który wpółleżał na mnie, opierając się na przedramionach.
- Ssso? - zapytałam, niezbyt przytomnie.
- Obudź się - powiedział. - Musisz to usłyszeć.
Otworzyłam również drugie oko i zamrugałam.
- Co mam słyszeć? Stało się coś? - wymamrotałam.
- Stało się - wyjął mi z włosów kawałek palmowego liścia. - Wiemy co to za skarb. Narysował go nawet.
Patrzyłam na łagodnie uśmiechnięte oblicze Marcina i usiłowałam zrozumieć co on do mnie mówi. Mój zaspany mózg wyraźnie nie ogarniał podanych mu informacji.
- No podrywaj się, marchewko - głos Wasyla zabrzmiał niemal czule.
- To zejdź ze mnie - powiedziałam to znacznie ostrzej niż chciałam. - I nie nazywaj mnie marchewką.
- Przepraszam - mruknął, odsuwając się posłusznie. Podsunął mi notes pod nos. - Zobacz.
Na nieco przyżółkłej stronicy notatnika widniał dosyć niezdarnie wykonany szkic, przedstawiający kanciastą bryłę, prawdopodobnie kryształ. Wykaligrafowany pod nim podpis głosił: Le diamant bleu.
- Niebieski diament? - zakurzone informacje zbierane kiedyś do jednego z artykułów, które pisywałam do pewnego kryminalnego pisemka, zaczęły wypełzać z zakamarków mojego mózgu. - One są rzadkie. I piekielnie drogie.
- Vazil! Czy tam jest coś więcej o tym diamencie? - Pammy wystawiła głowę z sąsiedniego szałasu. - Ile on ma karatów?
- Pammy, ty robisz za dużo hałas - upomniał Fred. - Nie mówmy cała kontynent, co my wiemy.
- Nie marudź, żabojadzie - teraz odezwał się Lewy. - Wasyl, no mów! Co z tym diamentem?
- Nie drzyj ryja! - warknął Wasyl, czegoś niezadowolony. - Fred ma rację, nie musimy informować połowy świata o tym co wiemy.
Zajrzał do notesu, prawie zderzając się ze mną głową.
- On ma... Czekajcie. Sto osiemdziesiąt dwa karaty.
W sąsiednim szałasie coś załomotało, zaszeleściło gwałtownie, potem odezwała się Pammy.
- Ile?!
- Sto osiemdziesiąt dwa karaty - powtórzył Wasyl. - Fiołkowa barwa, jak u szafiru, idealna czystość, żadnych skaz.
- Największy niebieski diament na świecie, Hope, ten od Titanica, jest wyceniany na jakieś dwieście, dwieście pięćdziesiąt milionów dolarów - rzekła Pammy, głosem zdławionym. - A jest cztery razy mniejszy od tego.
Lewy aż się zachłysnął z wrażenia.
- Ludzie, będziemy bogaci! - kwiknął.
- Bo teraz jesteś ubogi, ta? - Wasyl skrzywił się, jakby cytrynę ugryzł.
- Spadaj! Teraz będę bogatszy niż Becks i Ronaldo!
- Bo na być lepszy nie masz szansy - mruknął kąśliwie Fred. - Sławna futbolista.
Mnie nurtowało co innego.
- Pammy, nie mów mi, że twój mąż, Homer, hodował na bagnach Everglades także diamenty - oznajmiłam.
Zaśmiała się perliście.
- No co ty, on po prostu lubił mi kupować biżuterię. I specjalnie mnie uczył o niej wielu rzeczy, żeby mnie nikt nie naciął po jego śmierci.
Cała Pammy. Może i wygląda jak rasowy plastik fantastik, może i Lewy padł jej na mózg, ale dziewczyna nie jest wcale głupia, co to, to nie.
- Wasyl, czytaj dalej! - zażądał Lewy. - Chcę wiedzieć, gdzie on to schował!
Na dalszych stronach jednak, wbrew jego nadziejom, nie było mapy wiodącej do skarbu, lecz opis krwawej historii owego bezcennego klejnotu.
Jeśli wierzyć autorowi notesu, diament został znaleziony w roku 1983, przez dziewczynę imieniem Anisah, pracującą wraz ze swym narzeczonym w nielegalnych kopalniach diamentów nad rzeką Cuyuni, na pograniczu Gujany i Wenezueli. Znalazłszy w stosie gliny, wywleczonym z wykopu za pomocą wiadra na sznurku, niesamowitej wielkości i urody diament, Anisah wróciła pospiesznie do rodzinnego miasteczka na północy Gujany, chcąc poradzić się swej rodziny, jak najlepiej sprzedać skarb. Rodzinę miała ubogą, za to liczną, mnóstwo wujków, stryjków, ciotek i powinowatych, także kilkoro młodszego rodzeństwa.
Na nieszczęście narzeczony Anisah, wymieniony tylko z nazwiska, jako Ramos, nie był tytanem intelektu i nie dotarło do niego, że powinien trzymać gębę na kłódkę. Wysypał się na temat odkrycia szefowi policji w miasteczku, nie wiedząc, że ów szef latami pragnął Anisah, ale nie po to, żeby ją zaslubić, bo żonę już posiadał, tylko jako kochankę. Kochanka wyposażona w diament wydała mu się jeszcze ponętniejsza, odwiedził zatem dziewczynę i zaczął ją przekonywać, że powinna oddać mu siebie i połowę zysków z diamentu, on zaś w zamian zapewni jej bezpieczeństwo. Anisah jednak kochała głupka Ramosa, nie zamierzała również robić za niczyją kochankę, zatem kazała policjantowi spadać. Zamordował ją za to, zatłukł gołymi rękami, ukradł diament i znikł.
Znalazł ją wracający z jakiejś dorywczej roboty narzeczony. Ramos był na tyle bystry, żeby zacząć podejrzewać szefa policji, ale równocześnie dostatecznie głupi, żeby zacząć wyrażać te podejrzenia pełną piersią. Rzecz jasna z mety został oficjalnym podejrzanym i wylądował w areszcie. Jakiś czas później, gdy eskortowano go z aresztu do sądu, konwój napotkał na ulicy zbrojnych w pałki i maczety krewnych Anisah. Nie chcąc ryzykowac życia i zdrowia strażnicy oddali im Ramosa, którego niezwłocznie powieszono na najbliższym drzewie.
Tymczasem morderca Anisah jął topić wyrzuty sumienia i strach przed demaskacją w butelce i rychło przestał pracować w policji, czy gdziekolwiek indziej, stracił również żonę, nie mogącą znieść życia z alkoholikiem. Kiedy na scenę, w roku 1985, wkroczył właściciel notesu, były gliniarz był zapijaczonym menelem, wybierającym drobne z rynsztoków i żyjącym samotnie w przeistoczonym w melinę domu. Diamentu jednak nie sprzedał, natomiast lubił się przechwalać od czasu do czasu iż posiada skarb. Miejscowi mu nie wierzyli, bo Anisah rodziny o swym znalezisku nie zdążyła poinformować, natomiast gość od notesu, Francuz, szwendający się po Karaibach, zainteresował się bełkotaniem pijaka. Z użyciem kilku butelek gorzały szybko wyciągnął od niego wszystkie informacje, łącznie z miejscem pobytu diamentu. Kiedy zatem schlany jak świnia menel-morderca stracił łączność ze światem, facet przeszukał mu dom, świsnął klejnot i zwiał.
Diament jednak był najwyraźniej co najmniej tak samo pechowy jak Hope, ponieważ świeżo wzbogacony Francuz nagle okazał się ścigany. Okantował kogoś w Wenezueli na kilkanaście tysięcy dolarów, co wówczas i w tamtej części świata stanowiło kupę forsy, osobnik okantowany okazał się być członkiem mafii narkotykowej, współpracującej z Kolumbijczykami i człowiekiem nerwowym, który nie życzył sobie posiadać takiej zmazy na reputacji. Jako iż podobno odgrażał się, że ubierze Francuza w kolumbijski krawat (czytaj: poderżnie mu gardło i wywlecze przez powstałą dziurę język), ten postanowił zmyć się cichcem na Trynidad, a stamtąd do Stanów, gdzie, jak się okazało, czekała na niego żona, z niemowlęciem przy piersi. Resztę już wiadomo, wylądował na tym bezludziu, czekając na łódź, mającą go przerzucić na Karaiby.
Tłumaczenia reszty Wasyl odmówił stanowczo.
- A weźcie! - sarknął. - Na razie mam dosyć tych morderczych chciwusów. Poza tym deszcz przestaje padać, trzeba ruszyć dupy i zająć się życiem.
Faktycznie, niebo się przeciera. Trzeba złapać jakieś żarcie!

Jeszcze później

Ja tu z nimi wszystkimi poszaleję, a niewykluczone, że sama ze sobą też. Tu się jakieś tokowisko kogutów zaczyna robić, nie mówiąc o tym, że tajemniczy podglądacz, jeśli jest w okolicy, wie znacznie więcej niżbyśmy sobie życzyli.
Zaczęło się od statku, który przedefilował na horyzoncie, pod nieprawdopodobnie błękitnym niebem, ignorując nie tylko nasze wrzaski i machania, ale także całkiem niezły słup dymu z ogniska. Co za debile na tym statku pracują? Poślepli tam wszyscy, czy jak? Chmury dawno poszły w cholerę, pogoda jak dzwon, powietrze przejrzyste, a oni nie widzą.
No i dupa, okazało się, ze dalej siedzimy na tym pieprzonym odludziu, w dodatku z perspektywą wyłącznie małży na obiad, no, może z paroma krewetkami jak się uda, bo ryby olewają nasze potrzeby gastronomiczne i po prostu znikły. Nie ma, nie pokazują się, no chyba, że jakieś przecinki, na które należałoby chyba polować widelcem na długim trzonku, bo oścień jest na toto za duży. Nie mamy widelca.
Lewy szybko się zniechęcił i wylazł z wody, Wasyl, uparty jak osioł, postanowił, że będzie czekał aż do skutku. No i sterczał sobie na tej płyciźnie, w czapce odwróconej daszkiem do tyłu, a ryby dalej miały go w nosie. Dla kulinarnej odmiany postanowiłam nie piec yamów w popiele, tylko zrobić coś, co widziałam w jakimś programie podróżniczym, mianowicie papkę z bulw, owiniętą w podwójną warstwę liści bananowca, którą należało przewiązać kawałkami liści palmowych. Dzięki temu spodnia warstwa liści jest prześlicznie ugotowana i też ją można zjeść, razem z upieczoną papką. Rozdyźdałyśmy z Pam kilka yamów w misce, uprzednio obrawszy je ze skórki, a potem zaczęłyśmy formować te cholerne pakiety z liści bananowca.
Utalentowana manualnie to ja nie jestem, więc rozjeżdżało mi się wszystko na potęgę, więc kiedy Lewy wziął Pammy na stronę i zaczęli szeptać, po prostu to olałam. Dołączył do nich Fred, pogawędka zaczęła bardziej przypominać szeptaną kłótnię, ale ich życie miłosne to nie moja sprawa. Nie miałam się zamiaru w to wpierniczać, ani nawet słuchać co oni tam mówią.
- ...a jak tam spotkamy tego... - Pammy podniosła głos.
- Ciiii! - zasyczał Lewy. W tym momencie jedna szara komórka pod moim ciemieniem, nie zajęta akurat walki z opornymi liściami i wyciskającą się na wszystkie strony papką, pisnęła ostrzegawczo.
- ...my nie możemy same... - protestował Fred. - Nie działować się!
- Pękasz? - zapytał drwiąco Lewy, po czym zniżył głos i znowu zaczął szeptać.
Moja świadomość twardo ignorowała tę konwersację, ku wyraźnej rozpaczy jedynej przytomnej komórki.
- ...trzeba przeszukać... - dobiegło mnie jeszcze. - Pod podłogą.
Chwilę później zapadła cisza przerywana jedynie szumem morza i wrzaskiem papug w dżungli. I wtedy coś mnie tknęło.
Podniosłam głowę i zobaczyłam kolorowe gacie Freda i jasne włosy Pam, błyskające poprzez liście, przesłaniające ścieżkę, którą wyrąbaliśmy do chaty w lesie.
- Co oni robią? - zapytałam siebie, a po chwili jedyna przytomna komórka w moim mózgu udzieliła mi odpowiedzi.
Zerwałam się na równe nogi, nieomal wywracając miskę z yamową paciają i runęłam ku morzu, tylko po to, żeby nieomal wpaść w piekielną zeribę, o której kompletnie zapomniałam. Cofnęłam się, przeleciałam przez lukę w kolczastych gałęziach i popędziłam na plażę.
Wasyl stał w wodzie do połowy ud, odwrócony plecami do brzegu, więc nie mógł widzieć co zrobili tamci.
- Wasyl! - wrzasnęłam, machając łapami jak wiatrak.
- Co jest? - zapytał, nie odwracając się.
- Oni poszli przeszukać chatę!
Wyskoczył z wody w tempie sprintera, w biegu łapiąc porzucone na brzegu buty. Jakimś cudem zdołał je założyć również w biegu, po czym wpadł do obozowiska jak bomba.
- No żeż kurwa, maczetę zabrali - oznajmił z furią.
- Dobre i to, przynajmniej mają się czym bronić - zauważyłam.
Nie słuchając mnie puścił się w pogoń, wyciągniętym galopem. Mogłam tylko pomarzyć, żeby mu dorównać szybkością. Leciałam z wywieszonym jęzorem, gołe plecy Marcina migały mi od czasu do czasu w bujnej zieleni, a mokre liście i gałęzie waliły mnie po pysku i ramionach. Nogi ślizgały mi się w mokrej glinie, pokrywającej ścieżkę, mało brakowało, a wywinęłabym orła, a ten leciał przed siebie jak wariat.
Kiedy dotarliśmy do chaty kłuło mnie solidnie w boku, a o oddechu mogłam zapomnieć. Sapałam głośniej niż słoń z astmą, zgięta w pół i uczepiona futryny. Wasyl nie czekał, wkroczył do środka z łoskotem, aż się kawałki próchna z drzwi posypały.
- Lewy, czyś ty ochujał do reszty? - usłyszałam jego gniewny ryk z wnętrza chaty. - Mieliśmy się trzymać razem!
Lewy coś odpowiedział gniewnie. Zaczerpnęłam desperacko powietrza i weszłam, czy raczej wpełzłam do chałupiny.
- Chcieliśmy tylko przeszukać to miejsce - mówiła Pammy, wykonując uspokajające ruchy dłońmi, jakby uklepywała powietrze. - Przecież jeśli nam do tej pory nic się nie stało, to chyba nie ma powodu do obaw.
- A jeśli jest? Co wtedy? Jeśli ten gość też szuka, myślicie, że będzie stał i patrzył, jak zabieracie mu łup? Banda pieprzonych matołów! - pienił się Wasyl. - I po chuj wam to?!
- Nie no, jasne - parsknął szyderczo Lewy. - Marcinek jak zwykle, szlachetny idiota. Skarb mu niepotrzebny.
Szlag mnie trafił z miejsca.
- Lepszy szlachetny idiota niż wredna pizdomenda - rzekłam jadowicie, acz nieco bez tchu. - Bo tobie już oczywiście wizja kasy padła na mózg, nie?
- Wasyl, powiedz tej swojej rudej dziwce, żeby się zamknęła! - zażądał Lewy.
- Pierdol się - odparł Wasyl. - I nie mów tak o niej.
- Nie jestem dziwką! - wrzasnęłam. - Ani jego, ani niczyją!
- Bobby, jak ty mówisz o Idgie? - Pammy wzięła się pod boki. - Jak możesz?
- Ty też się zamknij! - ryknął na nią Lewy. - Głupia suka!
W oczach Pam zaszkliły się łzy.
- Nie mów tak do Pammy, ty... ty... Ty weszo cipna z głupiej kurwy! - wrzasnął Freddy.
Lewy pchnął go oburącz w pierś.
- Ty mi nie podskakuj, żabojadzie - wysyczał. - Takie małe gówno, a się rzuca!
Fred usiłował strzelić go w mordę, nieudolnym, szerokim ciosem, którego Lewy uniknął z łatwością. Uchyliwszy się Robert podstawił Freddiemu nogę i wepchnął go w szczątki stołu.
- Francuski maminsynek, bić się nie potrafi! - kpił Lewy. Podniósł Freda za ramię i zamierzył się do uderzenia pięścią. W tym momencie Wasyl chwycił go za nadgarstek.
- Cały Lewandowski, zawsze napierdala słabszych, a przed silnymi wymięka - rzekł. - Może spróbujesz ze mną, cwaniaczku?
- Sam chciałeś - odparł Lewy i uderzyl Marcina pięścią w twarz. W rewanżu dostał takiego sierpowego w szczękę, że aż wylądował na ścianie, zdzierając przy tym jeden z poczerniałych obrazków. Pozbierał się, potrząsnął głową i rzucił się na Wasyla. Po chwili tarzali się w zwarciu po podłodze, okładając się kułakami.
- Kurwa - rzuciłam. - Pammy, trzeba ich rozdzielić!
Fred bez namysłu rzucił się na to kłębowisko, ale za chwilę z niego wyleciał, zainkasowawszy potężny cios w twarz i padł na podłogę jak szmaciana lalka. Pam zaczęła go cucić, a tymczasem Lewy i Wasyl kontynuowali rozrywkę, waląc się nawzajem po gębach, żołądkach, nosach i czym popadło. W pewnym momencie Marcin cisnął Lewandowskim o ścianę. Ta, jako że przepróchniała, ustąpiła z głośnym trzaskiem i Lewy wraz z częścią belek wylądował na zewnątrz.
Spojrzałam na Wasyla. Z krwią cieknącą z rozbitego nosa i pękniętej wargi, znaczącą szkarłatem jego brodę i pierś, z ponurym, przepełnionym furią spojrzeniem wyglądał strasznie, kiedy szedł przez rumowisko ku Lewandowskiemu.
Lewy zerwał się na równe nogi, gotowy dalej walczyć. W tym momencie Pammy i ja wystartowałyśmy niczym rącze gazele, ona rzuciła się na Lewego, osłaniając go własnym ciałem, ja zaś stanęłam przed rozjuszonym Wasylem.
- Marcin, nie - powiedziałam, kładąc mu ręce na barkach. - Proszę.
Spojrzał na mnie, wyraz jego oczu zmiękł. W jednej chwili z wściekłego byka Wasyl zmienił się w małego, bezbronnego chłopca.
- Wracajmy - powiedział, odwracając twarz.
Szliśmy do obozu w kompletnym i ponurym milczeniu, a idący na końcu pochodu Freddie płakał. Tam zaś czekała nas następna niespodzianka.
Pierwsza wlazła za zeribę Pammy i z miejsca zaczęła wrzeszczeć. Nie mogę jej winić, w takiej sytuacji też bym się darła, aż do zachrypnięcia zapewne.
Wbiliśmy się wszyscy czworo w ciasne przejście i tak zamarliśmy, niczym żywa rzeźba.
Jakimś cudem do naszego obozowiska wlazł kajman, miał co najmniej dwa metry, jak w pysk strzelił. Teraz stał między nami, a śmiertelnie przerażoną Pammy, wciskającą się w zeribę, na ile tylko pozwalały jej kolce.
Gad uniósł się na łapach i otworzył paszczę, prezentując swe paskudnie ostre zębiska. Pammy pisnęła trwożnie.
Marcin zamachnął się maczetą. Kajman skoczył w przód (nie uwierzycie, jakie one są cholernie szybkie) i rozdziawił pysk jeszcze szerzej. Lewy bez namysłu chwycił oścień i wepchnął go głęboko w gardło gadziny. Z pyska potwora buchnęła krew, a jego ciało jęło się wić w drgawkach. Wasyl bez namysłu odrąbał mu łeb dwoma ciosami maczety.
- Bobby! - jęknęła Pammy. Przeskoczyła nad drgającym jeszcze ścierwem kajmana i rzuciła się Lewandowskiemu w objęcia.
- Baise! - wybuchnął Fred.
- Mamy mięsko! - ucieszyłam się głupawo.
Popatrzyli na mnie wszyscy dziwnym wzrokiem.
- No co? - zapytałam. - Wasyl, sam trąbisz o urozmaiceniu diety, a kajman to też mięso.
Zgodnie, jak gdyby nic się nie stało, Lewy i Wasyl przystąpili, pod moim kierownictwem, do sprawiania i skórowania kajmana.
W końcu zwłoki gada zostały poćwiartowane i obmyte. Część piekła się w ognisku, część wędziła się w dymie.
- Lewy, weź te flaki i zakop - rzucił Wasyl.
Lewandowski, rzucając złowrogie spojrzenia, zabrał skórę i wątpia i poszedł z nimi w krzaki.
Mięso okazało się ciut łykowate, ale w smaku podobne do kurczaka, a zatem całkiem jadalne, natomiast pakiety z yamów i liści bananowych, których wiązanie litościwie dokończyła Pammy, były nawet smaczne, acz może nieco przypalone.
Po obiedzie wrócił mi rozum. Spojrzałam na Wasyla i stwierdziłam, że wciąż jest wymazany krwią z nosa, do tego puchnie mu warga. Lewy na odmianę miał na twarzy bogatą kolekcję sińców i pękniętą skórę na kości policzkowej. Pammy troskliwie się nim zajęła, co wywołało u Freda nową falę depresji, ja zaś zakrzątnęłam się koło Wasilewskiego.
Przyniosłam w skorupie orzecha morskiej wody, bo bakterie jej nie lubią, pożyczyłam od Freddiego gałganek, urwany z jego koszuli i pomaszerowałam z tym wszystkim do Wasyla.
- Wiesz, że wyglądasz jak nieboskie stworzenie? - zapytałam.
- To u mnie normalne - odparł.
- Dobra, dobra. Dawaj dziób.
Obmyłam mu delikatnie twarz, starając się go nie urazić, ale nawet nie mrugnął.
- Zaczynasz wyglądać jak rozbójnik z "Baśni z 1001 nocy" - powiedziałam. - To przez tę brodę.
- Taka moja uroda - mruknął.
- Na twoją urodę akurat nie narzekam - wyrwało mi się.
- Nie? - błysnął tymi swoimi białymi zębiskami w uśmiechu. - A to coś nowego dla mnie.
- Pokaż łapy - zażądałam, zmieszana.
Pokazał. Przemyłam mu otarte knykcie, tak na wszelki wypadek, żeby się zakażenie nie wdało, potem zmyłam mu krwawe bryzgi z piersi.
- I co teraz? - zadałam fundamentalne pytanie.
- Co z czym? - zapytał.
- Z Lewym - odparłam. - Wizja skarbu zaćmiła mu umysł, a gdzie pójdzie on, tam Pammy, natomiast za nią wszędzie polezie Fred.
- Chwilowo nie mają dokąd leźć - odparł. - Lewy sam się przekonał, że w chacie nic nie ma, a francuskiego nie zna. Może tylko siedzieć na dupie, dopóki ktoś mu nie przetłumaczy reszty notesu.
- Fred może, wystarczy, że Pammy go poprosi - mruknęłam ponuro.
- Dlatego właśnie schowałem notes - powiedział Wasyl, patrząc na mnie tymi swoimi niesamowitymi oczami. Czasem są przejrzyście zielone, czasem brązowe, a na ogół wszystko pomiędzy.
- Jesteś bardzo mądry - pochwaliłam z ogniem.
Parsknął śmiechem i spuścił głowę.
- A tam...
Siedzieliśmy jeszcze przez chwilę naprzeciw siebie. Potem Wasyl zerwał się i poleciał do wody. Popływać, bo jak twierdził o kondycję trzeba dbać.
Fred miał tak strasznie smutną minę, że postanowiłam go trochę pocieszyć.
- Hej Freddie - rzekłam, niezmiernie inteligentnie, siadając obok niego na piasku. - Nie bądź taki ponury.
Zwrócił na mnie smętne spojrzenie swych czarnych oczu.
- Jak nie być ponury, skoro Pammy kocha ten cipna wesz? - zapytał smętnie.
- Przejdzie jej w końcu - orzekłam. - Takich palantów nie da się zbyt długo kochać. Sam widziałeś, prawie się przez niego popłakała dzisiaj.
- Mówisz? - popatrzył na mnie z nadzieją.
- Mówię - oznajmiłam z mocą. - W końcu maska im spada, a zza niej, jak dupa z pokrzywy wygląda ich prawdziwa twarz, Paskudna i obrzydliwa.
- Ona wygląda jak pustynia - westchnął. - ale to jest tylko pozory.
Przetrawiałam chwilę jego wypowiedź.
- Ty rozumiesz?
- Rozumiem, Freddy.
- Ona potrzebuje żeby ktoś ją ochroniał. Długie lata była sama, nikt jej nie pomagał, a była młoda dziewczyna. Ja by jej dał wszystko, cały siebie, ale ona nie chce, woli Lewego...
Freddie westchnął rozdzierająco.
- Fred, ja ci mówię, on ją rzuci, jak tylko się stąd wydłubiemy. Zobaczysz. Ma żonę przecież. Musisz tylko być przy Pam. Jak jej ten czad z mózgu zejdzie, to zobaczy, że jesteś zajebistym facetem.
- Ty tak poważna mówisz?
- Najzupełniej. Lewy to palant, kocha tylko siebie...
Nagle Fred przestał mnie słuchać.
- Jésus-Christ! - powiedział. Spojrzałam na niego, był blady jak ściana. - Requin!
Wskazał na morze.
- Le requin!
Popatrzyłam i poczułam jak ogarnia mnie czysta, żywa groza. Kilkadziesiąt metrów od płynącego Wasyla widać było wśród fal złowieszczą, trójkątną płetwę grzbietową.
Ruszyliśmy z Fredem sprintem, gdzieś spod palm wystrzeliła Pammy, za nią Lewy.
- Wasyl, płyń! - wrzeszczeliśmy wszyscy, jednogłośnie. - Płyń do brzegu!
Wasyl popatrzył na nas z lekkim zdziwieniem, potem zdjął sobie coś z ramienia i z obrzydzeniem wrzucił do wody.
Nie wytrzymałam.
- Rekin, kurwa mać, rekin! Spierdalaj stamtąd!
- Spierdalaj stamtąd! - podjęli Lewy i Pammy.
Marcin rzucił się imponującym kraulem w stronę brzegu. Rekin tymczasem zataczał kręgi za jego plecami, jakby niepewny, przekąska to, czy nie.
- Płyń! Płyń! Płyń! - skandowaliśmy.
Wreszcie płetwa wystrzeliła do przodu, jakby jej właściciel podjął decyzję. Przestałam na moment oddychać, Pam ścisnęła rękę Freda, ten z kolei kurczowo zaciskał zęby, Lewy zaś patrzył z rozdziawioną gębą. W tym samym momencie Wasyl zyskał grunt pod nogami i jął się przedzierać do brzegu.
Po chwili był już między nami, dysząc i sapiąc, a rekin krążył znowu, najwyraźniej sfustrowany dezercją potencjalnego obiadu. Marcin usiadł ciężko na mokrym piasku.
- Jezu Chryste, nic ci nie jest? - jęknęłam, rzucając się na niego i macając jego mokre bicepsy i barki, jakbym chciała się upewnić, że tu naprawdę jest.
Był, bardzo realnie i materialnie.
- Nie - powiedział. - Jestem cały.
-Dzięki Bogu - z wrażenia ugięły mi się kolana, więc klapnęłam jak wór ziemniaków na piasek obok niego i oparłam czoło o jego ramię.
Objął mnie, czułam, że jego ręka drży.
- Jakiś kretyn - odchrząknął. - Jakiś kretyn wyrzucił flaki kajmana do morza. Lewy, kurwa, miałeś je zakopać!
- Zakopałem! - oburzył się Lewy.
- To jakim cudem pływają w morzu? - Wasyl wbił w niego spojrzenie, nader dalekie od czułości.
- No kurwa nie wiem - odparł Lewy bezczelnie.
- Wiedzisz! - krzyknął Fred. - Nie zakopywałeś ich dobrze, tylko trochę piasek na wierzch!
- No i co z tego? - Robert zmierzył go nieżyczliwym spojrzeniem. - Same się do morza nie zaniosły.
- No właśnie - oznajmił Wasyl. - To które z was...?
Popatrzyliśmy po sobie.
- Ja nawet nie wiem gdzie on je zagrzebał - powiedziałam.
- Ja też nie - powiedziała Pammy.
- Ja się obrzydzam - oznajmił stanowczo Fred.
- No kurwa, ja ich do morza nie wrzucałem. Aż takim debilem nie jestem - stwierdził Lewy.
- Dobrze, że się w ogóle do debilizmu przyznajesz - docięłam mu.
- Idgie, przestań - powiedział Wasyl.
- Co przestań, ten głupi pacan cię naraził!
- Mogło paść na każde z nas - odparł. - Lewy, pokaż, gdzie zakopałeś to gówno.
Poszliśmy wszyscy w krzaki, podziwiać dołek po kajmanich wątpiach. Był tam, poznaczony śladami krwi i odciskami butów z głębokim protektorem. Żadne z nas takich butów nie posiada.
- Kurwa mać - oznajmił Wasyl.
- Nasz prześladowca właśnie wszedł na wyższy poziom - stwierdziłam ponuro. - Teraz usiłuje nas mordować. Cudownie wręcz.
- Idgie, kurwa, nie kracz - krzyknął Wasyl.
- Tylko stwierdziłam fakt - odparłam.
- No to przejebane - mruknął Lewy.
I w rzeczy samej ma rację. Przejebane do kwadratu. Mało, że tkwimy na odludziu, mało, że mamy podglądacza na ogonie, to teraz podglądacz najwyraźniej doszedł do wniosku, że będzie zabawniej, jeśli zacznie nas zabijać. Szałowo.
____________________________________________________________________________-
Oto odcinek szósty. Atmosfera się zagęszcza, niektóre tajemnice się wyjaśniają, niektóre nie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. :)
Martina



9 komentarzy:

  1. Nie no Martina, rozpierdoliłaś mnie centralnie i na maksiora. Ten rozdział jest tak zajebisty, że swym astralem kładzie mnie na łopatki. Leżę i kwiczę!
    Wasyl jest genialny, Lewy to typowy kutasina a Freddy jest absolutnie awesomatyczny! Kocham go i domagam się, żeby Pammy przejrzała na oczy, odtleniła włosy, wyjęła implanty i została z nim a Lewego niech pożre jakiś stwór wodny.
    Dawaj szybko kolejny, bo uwielbiam to opko!
    *Bije pokłony do samej ziemi*

    OdpowiedzUsuń
  2. Lewy to już w ogóle debil! Doprawdy :/ Dobrze, że Wasyl zdążył uciec przed rekinem, uff :) Zgadzam się z Fiolką :D
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzieje się! Nie może coś przypadkiem Lewego zeżreć?:) Bo się zaczyna denerwujący robić. Żeby w końcu odkryli kim jest ich prześladowca, bo robi się nieciekawie:( Czekam na następny rozdział, pozdrawiam i życzę weny;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Lewy jest tak głupi i bezmyślny... Skarbu mu się zachciało. Nie dość, że sam zdecydował się na pójście do tej chatki to jeszcze namówił na to Freda i Pammy.
    A końcówka rozdziału tak mnie zaintrygowała... No ciekawa jestem kto ich obserwuje i co z tego wyniknie. Oni teraz powinni trzymać się razem a nie strzelać fochy jak Lewy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Huhu, czekam aż sytuacja pomiędzy Idgie a Wasylem się rozkręci. Lewandowski pokazuje jakim debilem jest, niech go piorun strzeli albo co. Zaniepokoił mnie ten prześladowca, jego niech coś zje tak dla odmiany :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Nominowałam Cię do Liebster Award.
    Jeżeli nie masz ochoty brać w tym udziału po prostu to zignoruj, ale jeśli zdecydujesz się odpowiedzieć na pytania, poinformuj mnie ;).
    Szczegóły na: http://przemokniete-serca.blogspot.com/p/liebster-award.html.

    OdpowiedzUsuń
  7. ile ja bym dała żeby zobaczyć jak Robercik dostaje wpier.ol od Marcina *___* i dobrze mu tak. Pammy mogłaby przejrzeć na oczy, Fred wydaje sie całkiem spoko, ale mógłby stać sie bardziej stanowczy i agresywny żeby pokazał Prawemu kto tu rządzi. :D
    ja pierniczę, ten k t o ś kto ich obserwuje zaczyna sobie coraz śmielej pogrywać :o

    OdpowiedzUsuń
  8. Matko droga, ile się tam dzieje. Przetrwać w tej dziczy jest cholernie ciężko. A zwłaszcza teraz, gdy pojawił się ten tajemniczy, śledzący ich osobnik. Boże, jakby nie Wasyl to oni by tam marnie zginęli. Ależ jest chemia między nim a Idgie!

    OdpowiedzUsuń
  9. Pomiędzy Wasylem i Idgie coraz goręcej ;) Wydaje mi się, że już niedługo do czegoś pomiędzy nimi dojdzie :D

    OdpowiedzUsuń