wtorek, 18 czerwca 2013

Dzień ósmy

Wyspałam się jak dziecko, trzymając się kurczowo Wasyla, zdecydowana nie puścić go choćby nie wiem co. To co się stało wczoraj przeraziło mnie do głębi, a Marcin daje mi poczucie bezpieczeństwa. Nawet jeśli chrapie, wydając dźwięki jak zespół pracujących drwali na zrębie, to i tak stwierdziłam, że będę się go trzymać. Jest moją szalupą na tym oceanie szaleństwa i sprawia, że ten czający się po krzakach świr, staje się mniej przerażający.
Kiedy się obudziłam już go nie było, a słońce stało bardzo wysoko, niemal w zenicie. Czułam się, jakby przejechał mnie autobus, wszystkie stawy, zmaltretowane wczorajszymi inkwizycyjnymi torturami wydawały jęki protestu, a mięśnie im wtórowały.
Siedzieli już wszyscy przy ognisku. Fred poziewywał i gapił się ukradkiem na Pammy, ona zaś sprawiedliwie dzieliła uwagę między niego, a Lewego, który opowiadał coś głośno. Wasyl zaś patrzył, zamyślony, w dal, czyli na ocean. Przyglądałam mu się chwilę, czując jak wzbiera we mnie fala czułości. Mimo tej całej groźnej powierzchowności było w nim coś delikatnego. Wrażliwego. Bezbronnego wręcz, ukrytego pod wierzchnią warstwą - silnego typa. Uśmiechnęłam się. Zdecydowanie, Marcin, niczym Shrek, miał warstwy.
- ...i wtedy strzeliłem! - okrzyk Lewego wyrwał mnie z rozczulenia. - Casillas nie miał ze mną szans! Byłem królem!
- Te, król, ale Casillas wtedy nie grał - włączył się Wasyl. - Na bramce wtedy Lopez stał.
- Nie ma znaczenia - nadął się Lewy. - I tak strzeliłem cztery gole Realowi Madryt. Mistrzunio ze mnie! Światowej klasy napastnik!
- A Urban strzelił hat tricka. - odparł spokojnie Marcin.
- Kto? - zdziwił się Lewy.
- Trener Legia Varsovie - włączył się znienacka Fred.
Lewy prychnął szyderczo.
- Przecież to ćwok!
- Całkiem jak ty - włączyłam się do rozmowy. - Dzieńdoberek wszystkim.
Wasyl rozpromienił się jak wiosenne słoneczko.
- Cześć ruda - rzekł radośnie. - Chodź, śniadanie ci trzymam na ogniu.
Wylazłam z szałasu, rozprostowałam się z wysiłkiem, aż mi zatrzeszczało w stawach i klapnęłam obok Marcina, który już wyciągał z popiołu rybę, pieczoną w bananowych liściach.
- Jak twoja zdrowotność? - zapytał Fred.
- Zajebiście! - odparłam, dmuchając na rybę. - A twoja?
- Moja porządnie - uśmiechnął się. - Nie ma ślada po tej chorości!
- Fred, a skąd ty kojarzysz Urbana? - zapytał Wasyl.
- Paparazzi muszą wiedzić duże rzeczy - Freddie wzruszył ramionami.
- Freddie, ty jesteś zbyt dobrym człowiekiem, żeby zajmować się takim czymś - orzekła Pammy.
Fred zaczerwienił się z wrażenia jak cegła.
- Ty tak poważnie? - zapytał uszczęśliwiony.
- Jak najbardziej - odpowiedziała.
- Nie chcę wam przerywać tej miłej pogawędki - rzekł Lewy kwaśno. - Ale co robimy z tym jakimś tam i ze skarbem?
- Na razie nic - odparł Wasyl spokojnie.
- Jak to nic? - zbulwersował się Lewandowski.
- Normalnie: nic. Najpierw musimy zająć się własnym wyżywieniem - Marcin zachowywał niezmącony spokój.
- Ty to popieprzony jesteś. Tam leżą miliony dolców! Nie będę siedział na dupie! - obraził się Lewy.
- To, kurwa, stój na głowie, tylko nikogo już nie narażaj - w głosie Wasyla zgrzytnęła stal.
- Vazil, ja się nie chcę wtrącać - rzekła Pammy. - Ale bezczynnie siedzieć nie możemy. On nam zagraża, poza tym wie jak się stąd wydostać!
- Może zrobimy jakąś pułapkę? - zniżyłam głos. - Wykopiemy dół, czy coś?
Wasyl mruknął coś niezrozumiałego, natomiast Fred pokręcił głową.
- Na nic - rzekł z troską. - On jest śledź, on widzi wszystko. Pułapka musi być tajemnica...
Pomysł Pammy wzbudził we mnie jednak entuzjazm, w końcu była to jakaś szansa na ocalenie. Wyżarłam ostatnie kawałki ryby, wrzuciłam liść do ognia i oblizując palce zaczęłam myśleć.
- Słuchajcie - zaszeptałam. - A jakby tak wykopać dziurę w tej chałupie, w dżungli? Tam nie będzie widział dokładnie co robimy, może pomyśli, że szukamy skarbu?
- No! - zapaliła się Pammy. - Przyjdzie sprawdzić co robimy i się złapie!
Wasyl popatrzył na nas z namysłem.
- Dobra - rzekł krótko. - Przekonałyście mnie.
Przybiłyśmy sobie piątkę, podskakując z radości. Fred uniósł w górę oba kciuki.
- Ale to nie tak hop siup - Marcin ostudził nasze zapały. - Najpierw musimy zrobić porządne zapasy żarcia i odpocząć po wczorajszym.
- Możemy, no... rozkosz i pożytek razem - rzekł Freddie. - Przynieść jedzenie i znajść dobre miejsce dla dziury.
- No to idziemy! - Lewy zerwał się z piasku i sięgnął po włócznię.
Wasyl spojrzał na niego dość mało czule i też się podniósł. Swoją maczetą wyciął z krzaków kij, zaostrzył i wręczył Fredowi.
- Dzisiaj ty trzymasz tylną straż - oznajmił. p Jakby co, to napierdalaj.
Fred kiwnął głową.
- Będę napierdalał! - oznajmił dumnie.
Wyprawa po frukta tym razem odbyła się bez niespodzianek. Dla pewności trzymałam cały czas Wasyla za rękę, nie protestował jakoś. Zaopatrzyliśmy się w banany, yamy i chlebowce, dyskretnie i po jednej osobie zlustrowaliśmy chatę, po czym odbyliśmy po drodze szeptaną debatę, próbując ustalić najwłaściwsze miejsce na pułapkę i sposób pozbywania się ziemi z wykopu. Oczywiste było, że należy tę dziurę zrobić gdzieś na środku pomieszczenia, tak, żeby złoczyńca na pewno na nią wlazł, a zamaskować deskami podłogi. W tym celu należało się wyposażyć w narzędzia. Fred zasugerował, że można by zrobić coś w rodzaju piły, obtłukując dużą, płaską muszlę, tak aby uzyskała ząbkowaną krawędź. Wasyl zapalił się do dzieła i ustalili, że zajmą się tym jak tylko dojdziemy do obozu.
Udzielałam się w tej dyspucie dosyć mało, przyglądając się Marcinowi, tym razem akurat nie dlatego, że chciałam popodziwiać jego niezaprzeczalną męską urodę, ale ponieważ coś mnie zaniepokoiło. Wasyl otóż lekko utykał. Jeśli skaleczył się w nogę, należało to od razu obejrzeć, bo z ranami w tropikach nie ma żartu, gangrena może się wdać błyskawicznie. Chciałam go przygwoździć w tej kwestii od razu po powrocie, ale skubany wymigał się.
- A, czymś się drasnąłem w tej wodzie wczoraj - wzruszył ramionami, gdy go nagabnęłam nad naszym spiżarnianym dołem. - Później opatrzę, teraz muszę poszukać muszli i ryb nałowić.
Wzięłam się pod boki i spojrzałam na niego, najsurowiej jak potrafiłam.
- Chciałabym to obejrzeć - rzekłam, głosem lodowatym jak wody Arktyki.
- Później, ruda, później - zbył mnie. - Lewy, łap za oścień i do wody!
Lewandowski wsypał swój ładunek do dołu, otarł pot z czoła i skrzywił się.
- Najpierw idę popływać - oznajmił. - Zgrzałem się jak świnia.
Nikomu się nie chciało z nim kłócić, popatrzyliśmy więc jak oddala się sprintem i rzuca się w fale. Rozejrzałam się, z nadzieją, że ujrzę znajomą, trójkątną płetwę, ale nic z tego. Gdzie te rekiny, gdy ich człowiek potrzebuje?
Każdy miał coś do roboty, więc nie zajmowaliśmy się za bardzo pływackimi popisami Lewego. Pammy obierała yamy, ja cięłam nożyczkami liście bananowe na poręczne kawałki, Fred zbierał opał, a Wasyl łaził po plaży, grzebiąc ościeniem w piasku i szukając muszli. Niebo było bez skazy, morze spokojne jak talerz zupy, w dżungli coś melodyjnie świergotało i przez chwilę nasze odludzie wydawało sie zakątkiem iście sielankowym. Aha, akurat.
Sielankę zakłócił straszliwy wrzask.
- Kurwa!!! - wrzeszczał Lewy, machając ramionami. - Boli, ja pierdolę!
Pammy i ja zerwałyśmy się z piasku, rzucając nasze zajęcia, Fred upuścił wiązkę suchych kokosowych liści i wszyscy troje popędziliśmy na brzeg, Wasyl tymczasem, odrzuciwszy oścień, wpadł jak bomba do wody.
- Rekin! - jęknęła Pammy.
Ale nie, Lewy się wprawdzie rzucał w wodzie jak opętany, wrzeszcząc, krzycząc i klnąc, jednak nie było widać śladu rekina, ani też krwi na wodzie.
- Paaarzyyyy! - wył Lewy.
- Do brzegu, debilu, chodź do brzegu! - ryknął idący ku niemu Wasyl.
- Kurwa, jak to boli! - wrzasnął Lewy w odpowiedzi. Strzepnął coś z siebie gwałtownymi ruchami, po czym jął płynąć panicznie do brzegu. Opił się przy tym potężnie morskiej wody, ale w końcu, wytrzeszczając gały w grymasie bólu i strachu dobrnął do płytszego miejsca, gdzie stał już Wasyl.
Marcin spróbował objąć go wpół, żeby pomóc mu wyjść na brzeg, ale Lewy wrzasnął tak głośno, że przysięgłabym, kilka kokosów poleciało od tego na ziemię.
- Nie dotykaj!!! Kurwa!!!
Wasyl cofnął więc rękę i Lewandowski wyszedł na brzeg sam, nieomal płacząc.
- Coś mnie poparzyło, ja pierdolę, jak to boli, jak ogień! - jęczał.
Spojrzeliśmy na jego pierś. Skórę miał pokrytą cieniutkimi, nitkowatymi śladami w odcieniu strażackiej czerwieni, wyraźnej nawet na jego opalonej skórze. Wyglądało to tak, jakby ktoś obrzucił go czerwonym spaghetti.
- Co to, kurwa, jest? - zapytał zdumiony Wasyl.
- Odwróć się - zażądała równocześnie Pammy.
Lewy posłusznie wykonał polecenie, drżąc i chlipiąc. Jego plecy wyglądały podobnie, całe w czerwonych, krętych śladach, nabiegających już opuchlizną.
Fred , Pammy i ja spojrzeliśmy na siebie.
- Meduza - oznajmiliśmy jednogłośnie.
- Co?! Mówcie po ludzku! - wrzasnął Lewy. Dotknął jednego ze śladów i kwiknął. - Mamusiu, booooli...
- Nie dotykaj - pouczyła Pammy. - Poparzyła cię meduza.
Odwrócił się, czerwony na twarzy ze złości.
- Jak to mnie meduza poparzyła? Meduzy to nie są pierdolone pokrzywy, jak pływająca galareta może parzyć?! - krzyknął, a jego głos wzniósł się w piskliwym crescendo.
- Normalnie - wyjaśnił Wasyl. - Ma parzydełka i parzy.
- Takie nicie za sobą włóczy - dodał Fred. - Długie i złe.
- Nicie czy nie, mnie boli! - zawył Lewy, zaciskając dłonie w pięści. - Zróbcie coś!
- No wiesz, Bobby, jest takie lekarstwo... - zaczęła Pammy z wahaniem. Schowałam się za plecami Wasyla, nie mogąc stłumić chichotu.
- No to mi je daj! - warknął Lewandowski. Z oczyma wychodzącymi z orbit bardziej niż kiedykolwiek przypominał rybę.
- Ale wiesz... nie wiem czy ci się spodoba... - powiedziała.
- Pewność jest, że nie - oznajmił Freddy, z wysiłkiem tłumiąc uśmiech.
- Dobra, ja mu powiem - rzekł Wasyl. - Lewy, ktoś musi ci na te oparzenia naszczać.
- Co zrobić?! - Lewy zapiał ze zgrozy jak młody kogut. - Kpisz sobie ze mnie?
- Naszczać - powtórzył Wasyl. - Nasikać. Olać. Zrobić pipi. Czaisz?
- O, nie nie, nie! - wrzasnął Lewy. - Ja jestem sławnym piłkarzem! Ja strzeliłem cztery gole Realowi! Nikt nie będzie na mnie sikał!
W tym momencie nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać, a żeby stłumić rechot i nie wyjść na rudą chamkę, objęłam Wasyla wpół i wcisnęłam twarz w chiński tatuaż na jego plecach.
- Bobby, ale nie ma innego lekarstwa - przekonywała Pam. - Bez tego to ci się zaogni, możesz dostać zatrucia całego organizmu, albo zakażenia...
- Nie ma mowy! Wolę umrzeć! - Lewy spróbował założyć ostentacyjnie ręce na piersi, ale zawył z bólu. - Kuuuurwaaaa...!
- Zostaną ci blizny - zauważył Wasyl od niechcenia. - Paskudne i głębokie.
- Boże, nie mógłbym już nigdy pokazać klaty! - Lewy zbladł pod opalenizną. - Pammy, ty to zrób, proszę!
- Przykro mi, Bobby, ale siusiałam niedawno - Pam bezradnie rozłożyła ręce.
- Idgie, kochana, to ty! Błagam!
- Sorry, ale nie będę przed tobą świecić gołym tyłkiem - odparłam stanowczo, wyglądając zza Wasyla. - Poza tym lałam razem z Pam.
- My cię chętnie pomogamy - rzekł Fred, uśmiechając się szeroko i jakby drapieżnie.
- Kurwa... - jęknął cichutko Lewy.
- Teraz damy się odwrócą - zażądał Wasyl. - A ty, Lewy, ściągnij gacie i uklęknij na piasku.
Pam stanęła tyłem do chłopaków, ja zrobiłam to samo, z tą jedynie różnicą, że wróciłam do ogniska.
- Jak ktoś później o tym komukolwiek wspomni... - zawarczał Lewandowski.
- Opiszę to w mojej autobiografii! - wrzasnęłam znad yamów i liści. - I sprzedam miliony egzemplarzy!
- Tylko spróbuj! - wrzasnął Lewy rozpaczliwie.
- Lewy, zamknij paszczę, bo ci jeszcze do niej naleję - pouczył Wasyl.
Przez chwilę ciszę przerywały tylko odgłosy ciurkania.
- No i już - oznajmił Wasyl.
- Po wszystkiem - przyświadczył Fred.
- I co teraz? - zapytał żałośnie Lewy. Siedział, mokry od moczu, na piasku, zakrywając genitalia dłońmi, a minę miał jak zbity spaniel.
- Masz siedzieć aż wyschniesz - pouczyła Pam. - Potem możesz się opłukać w morzu i ubrać.
- Chodź Fred, to cię nauczę łowić ryby ościeniem - Wasyl poklepał Francuza po plecach. Weszli zgodnie do morza, opłukali dłonie i już mieli iść głębiej, gdy nagle Marcin zaklął, wypuścił oścień i kurczowo chwycił spodenki, które właśnie zaczęły zsuwać mu się z bioder, ukazując moim oczom nieco więcej, niżby ich właściciel sobie życzył.
- Ja pierdolę - rzekł, na poły z rozbawieniem, na poły z irytacją.
- Problemy ze spodenkami? - krzyknęłam.
- To jest konkretnie, kompletnie bez sensu! - odkrzyknął. - Freddie, idź sam, ja zaraz przyjdę.
Dotarł do ogniska, trzymając spodenki jedną ręką.
- Troczki mi pękły, zaraza - rzekł. - Masz jaki duży liść pod ręką?
Urwałam mu i przyniosłam rozłożysty liść palmy kokosowej.
- Odwróćcie się - zażądał. - Ruda, no już!
Odwróciłyśmy się posłusznie, chociaż ja osobiście nie miałam za bardzo ochoty. Po chwili Wasyl siedział goły na piasku w cieniu, przyokryty w miejscu strategicznym palmowym liściem i wywlekał troczki z gaci.
Podałam Pammy michę z utartymi na paćkę yamami i korzystając z okazji przypuściłam szturm na Wasyla. Nie, nie w celach erotycznych, skąd znowu.
- Skoro już tu siedzisz i raczej nie uciekniesz - rzekłam słodko. - To może bym obejrzała tę twoją nogę?
- Nic mi nie jest - próbował jeszcze bagatelizować.
- Dobra, dobra. Dawaj kopyto.
Wyciągnął ku mnie kosmatą kończynę.
- Na podeszwie się skaleczyłem - poinformował.
Rozcięcie było dosyć płytkie, ale zdążyło lekko nabrzmieć i wyglądało dość nieciekawie.
- Będzie czyszczonko - oznajmiłam. - Bolesne, ostrzegam.
- Spoko - odparł.
Ułożyłam jego stopę na dużym, gładkim liściu, po czym przyniosłam scyzoryk, z ostrzem wypalonym w ogniu, dla dezynfekcji oraz kalebasę z morską wodą. Następnie otworzyłam ranę na nowo, spodziewając się posykiwań, lubi innych objawów bólu ze strony mojego pacjenta, ale nie, nawlekał pracowicie związane troczki w spodenki, za pomocą patyka, pomagając sobie wystawionym językiem i niespecjalnie zwracał uwagę na to, co robię z jego nogą.
Wycisnęłam starannie skaleczenie, aż pokazała się krew, po czym przemyłam je starannie morską wodą. Potem zakopałam liść, starannie wymyłam ręce i nóż i ponownie wypaliłam go w ogniu.
- Skończone - oznajmiłam. - A teraz masz absolutny zakaz moczenia tej nogi, co najmniej do jutra.
- Gotowe! - sapnął Marcin. - Oby tylko znowu nie puściły!
- Słyszysz co ja mówię? - zapytałam.
- Słyszę, słyszę, ale ktoś musi łowić ryby, nie?
Jakby w odpowiedzi, od strony morza rozległ się radosny krzyk.
- Złapałem wieloryb! Złapałem wieloryb!
Fred z wysiłkiem uniósł oścień, wygięty pod wpływem ciężaru w łuk. Nad powierzchnią wody ukazała się ogromna, trzepocząca, srebrzysta ryba o opływowych kształtach torpedy.
- Pomoccie! - krzyknął Fred. - Nie dam zdrady!
- No widzisz - rzekłam, zrywając się. - Freddy radzi sobie znakomicie.
- Tuńczyk! - zawołała Pammy. - Jaki piękny!
Lewy siedział nabzdyczony i zły.
- To nie fair - mruknął.
Tymczasem Fred walczył dzielnie ze swoim łupem i holował go do brzegu, oślepiony pryskającą wodą. chwyciłam w biegu maczetę i popędziłam do wody.
- Dawaj go na brzeg! - krzyknęłam do Freda. - Na płyciznę!
Podholował szarpiącą się na ościeniu rybę jeszcze trochę. Upolowany przez niego potwór miał ponad pół metra długości i na moje niewprawne oko ważył kilkanaście kilo.
- Odsuń nogi! - ostrzegłam i wzięłam zamach maczetą. Jednak żeby odrąbać łeb temu lewiatanowi potrzebowałam trzech ciosów. Woda zabarwiła się krwią.
Fred odtańczył tymczasem taniec zwycięstwa, po czym, nieoczekiwanie również dla samego siebie, chwycił nadbiegającą Pam wpół i mocno pocałował w usta.
- Freddie, no co ty - zaróżowiona i zmieszana wyplątała się z jego objęć.
Wspólnymi siłami wypatroszyliśmy i poćwiartowaliśmy to rybie bydlę, po czym tryumfalnie zanieśliśmy rozkawałkowane zwłoki do ogniska.
- Bobby, mógłbyś się już umyć? - zapytała Pam. - Śmierdzisz troszkę.
Lewy, mamrocząc coś pod nosem poczłapał do wody, tymczasem Wasyl przykicał bliżej ognia.
- Nie zapiaszcz sobie tej nogi, bo ci ją utnę maczetą - ostrzegłam.
- Spoko, pani doktor - rzekł, uśmiechając się - No Fred, gratulacje, taka sztuka na pierwszy raz!
- Szczęście - odparł Fred prosto.
Połowę tuńczyka pożarliśmy od razu, zgryzając yamowymi pakiecikami i tym razem to ja obsługiwałam Wasyla przy posiłku, zabraniając mu surowo wstawać. Uszczęśliwiony Fred gapił się w Pammy jak w tęczę, ona zaś wydawała się dziwnie zmieszana i unikała jego spojrzenia, natomiast Lewy, jak to Lewy, miał focha na cały świat.
Po obiedzie zostaliśmy z Wasylem sami w naszym kąciku kuchennym. Pammy i Fred konferowali o czymś pod palmami kokosowymi na końcu zatoczki, Lewy zaś poszedł się kąpać, bo jak twierdził, wciąż czuł zapach moczu.
Marcin leżał na plecach, kiwał kontuzjowaną stopą w powietrzu i gapił się w bezchmurne niebo.
- Pensa za twoje myśli - powiedziałam, przysuwając się.
- Tanio - rzekł leniwie.
- Nie mam więcej. Może handel wymienny?
Spojrzał na mnie, zieleń w jego tęczówkach mieszała się z brązem, lśniącym złociście w słońcu.
- Chciałbym móc wrócić do domu - powiedział odległym głosem. - Ale tego nie załatwisz, Imogene.
Pochyliłam się nad Marcinem, warkocz ześliznął mi się z pleców jak miedziany wąż i miękko zsunął się na jego pierś. Wasyl patrzył na mnie, szeroko otwartymi oczyma, poważny i jakby nieśmiały jak pierwszoklasista, a zarazem tak męski i pociągający, że aż kręciło mi się w głowie. Dotknęłam ustami jego ust, sama onieśmielona i niepewna, delikatnie i powoli, jakbym bała się... nie wiem, spłoszyć go? Poddawał się przez chwilę mojej pieszczocie, a potem, sama nie wiem jak, to ja znalazłam się pod jego silnym ciałem, a on całował mnie, coraz bardziej namiętnie, coraz mocniej, coraz goręcej. Czułam jego dłonie pod swoją koszulką, jego usta gdzieś na mojej szyi i chyba cichutko pojękiwałam.
- No ładnie się zabawiacie! - ryknęło nam nad głowami. - A ja tu cierpię!
Lewy, oczywiście. Popsuł cały nastrój, Wasyl zerwał się, spłoszony, bąknął coś, czego nie zrozumiałam i uciekł na drugi koniec zatoczki, a ja byłam bliska walenia głową w piasek.
Ktoś stanowczo nie wyjdzie z tego miejsca żywy i już ja wiem kto.
___________________________________________________________________________
Oddaję w wasze ręce ósmą notatkę z dziennika Idgie. Namiętność i pasja burzy bohaterom krew, Lewy jak zwykle pojawia się nie wtedy, kiedy trzeba, a w morzu czyhają wredne stwory... Miłego czytania!
Martina
P.S. Poparzenia od meduz naprawdę leczy się moczem. Nie zmyśliłam tego. M.




10 komentarzy:

  1. No ja pierdole... czy ten Lewy zawsze musi wszystko spierdolić? Mogła go ta meduza dziabnąć bardziej... Ale odczuwam wielką satysfakcję, że siedział na piasku oszczany i zły. Hahaha
    Czekam na kolejną notkę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Huraaaaaa! Lewego wreszcie coś uszkodziło;D Ale po tym jak przerwał Idgie i Wasylowi mógłby jeszcze raz spotkać się z meduzami;) Freddie stara się jak może o względy Pammy i oby w końcu mu się udało:) Super rozdział, czekam na ciąg dalszy;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No cudownie po prostu :D A akcja z meduzą była prze zabawna :)
    W końcu coś się dzieje między nimi... jupiii czekam już na kolejny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. dobrze tak Lewemu z tą meduzą, należało mu się :D świetna końcówka, a przynajmniej jej kawałek który został przerwany przez pana Lewandowskiego, mam nadzieję że będzie więcej takich scen z Wasylem i Idgie w roli głównej i że nikt im nie przeszkodzi ;D no i jeszcze Pammy i Freddie *.*
    czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  5. I tak dobrze Lewemu! To już straszna menda! Szkoda, że meduza nie poparzyła całe ciało :D To wtedy będzie, hoho :)
    Lewy u mnie to minus, jak tak można przerwać tej chwili, jaka zaszła między Igdie a Wasylem <3
    Gdy przeczytałam, że będą na Lewego oszczać, to tak się uśmiałam, że nie wiem co :D Nie wierzyłam w to, a gdy poinformowałaś, że nie zmyśliłaś, od razu weszłam na google i no i muszę przyznać Ci rację ;D
    Pozdrawiam i czekam z utęsknieniem na nocię ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Dlaczego ten Lewandowski jest takim debilem?! Jak on śmiał przerwać im tak piękną chwilę? Bardzo dobrze, że musiał siedzieć na tym piachu obszczany, szkoda, że przypadkiem nikt mu do gęby nie trafił, może by się zamknął i nie zachowywał jak mała dziewczynka :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytam sobie, czytam, myślę: ale między nimi iskrzy. I nagle dochodzę do ostatniego fragmentu, już jest tak bosko i... Lewy. Jezuuuu! Ta sierota im zdecydowanie zbyt uprzykrza życie. Bardzo, bardzo dobrze, że go poparzyła ta cholerna meduza. A akcja z leczeniem poparzonych miejsc iście epicka. Dobrze mu tak :P

    OdpowiedzUsuń
  8. No, no, no :D Pomiędzy Wasylem a Idgie jest coraz goręcej. Tylko szkoda, że Lewy musiał im przerwać xD Ciekawa jestem, jak teraz będą się zachowywać w stosunku do siebie...

    OdpowiedzUsuń
  9. o nie, błagam, tylko nie wspomnienie tego feralnego meczu i bramek Prawego o.O znowu globusa dostaję z tego wszystkiego :o
    "- bedę napierdalał! " no przepraszam, ale w wykonaniu Freda te słowa wydają mi się piekielnie zabawne. mało nie jebłam z tego śmiechu jak sobie go wyobraziłam z tym kijem. :D dodam jeszcze sikanie na Robcia i już w ogóle. ten to się musi kurwde pojawić w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, że tak powiem -,- czemu go ten rekin nie zeżarł ja sie pytam? :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Kiedy bedzie rozdział?

    OdpowiedzUsuń