Wyspałam
się jak dziecko, trzymając się kurczowo Wasyla, zdecydowana nie
puścić go choćby nie wiem co. To co się stało wczoraj przeraziło
mnie do głębi, a Marcin daje mi poczucie bezpieczeństwa. Nawet
jeśli chrapie, wydając dźwięki jak zespół pracujących drwali
na zrębie, to i tak stwierdziłam, że będę się go trzymać.
Jest moją szalupą na tym oceanie szaleństwa i sprawia, że ten
czający się po krzakach świr, staje się mniej przerażający.
Kiedy
się obudziłam już go nie było, a słońce stało bardzo wysoko,
niemal w zenicie. Czułam się, jakby przejechał mnie autobus,
wszystkie stawy, zmaltretowane wczorajszymi inkwizycyjnymi torturami
wydawały jęki protestu, a mięśnie im wtórowały.
Siedzieli
już wszyscy przy ognisku. Fred poziewywał i gapił się ukradkiem
na Pammy, ona zaś sprawiedliwie dzieliła uwagę między niego, a
Lewego, który opowiadał coś głośno. Wasyl zaś patrzył,
zamyślony, w dal, czyli na ocean. Przyglądałam mu się chwilę,
czując jak wzbiera we mnie fala czułości. Mimo tej całej groźnej
powierzchowności było w nim coś delikatnego. Wrażliwego.
Bezbronnego wręcz, ukrytego pod wierzchnią warstwą - silnego typa.
Uśmiechnęłam się. Zdecydowanie, Marcin, niczym Shrek, miał
warstwy.
-
...i wtedy strzeliłem! - okrzyk Lewego wyrwał mnie z rozczulenia. -
Casillas nie miał ze mną szans! Byłem królem!
-
Te, król, ale Casillas wtedy nie grał - włączył się Wasyl. - Na
bramce wtedy Lopez stał.
-
Nie ma znaczenia - nadął się Lewy. - I tak strzeliłem cztery gole
Realowi Madryt. Mistrzunio ze mnie! Światowej klasy napastnik!
-
A Urban strzelił hat tricka. - odparł spokojnie Marcin.
-
Kto? - zdziwił się Lewy.
-
Trener Legia Varsovie - włączył się znienacka Fred.
Lewy
prychnął szyderczo.
-
Przecież to ćwok!
-
Całkiem jak ty - włączyłam się do rozmowy. - Dzieńdoberek
wszystkim.
Wasyl
rozpromienił się jak wiosenne słoneczko.
-
Cześć ruda - rzekł radośnie. - Chodź, śniadanie ci trzymam na
ogniu.
Wylazłam
z szałasu, rozprostowałam się z wysiłkiem, aż mi zatrzeszczało
w stawach i klapnęłam obok Marcina, który już wyciągał z
popiołu rybę, pieczoną w bananowych liściach.
-
Jak twoja zdrowotność? - zapytał Fred.
-
Zajebiście! - odparłam, dmuchając na rybę. - A twoja?
-
Moja porządnie - uśmiechnął się. - Nie ma ślada po tej
chorości!
-
Fred, a skąd ty kojarzysz Urbana? - zapytał Wasyl.
-
Paparazzi muszą wiedzić duże rzeczy - Freddie wzruszył ramionami.
-
Freddie, ty jesteś zbyt dobrym człowiekiem, żeby zajmować się
takim czymś - orzekła Pammy.
Fred
zaczerwienił się z wrażenia jak cegła.
-
Ty tak poważnie? - zapytał uszczęśliwiony.
-
Jak najbardziej - odpowiedziała.
-
Nie chcę wam przerywać tej miłej pogawędki - rzekł Lewy kwaśno.
- Ale co robimy z tym jakimś tam i ze skarbem?
-
Na razie nic - odparł Wasyl spokojnie.
-
Jak to nic? - zbulwersował się Lewandowski.
-
Normalnie: nic. Najpierw musimy zająć się własnym wyżywieniem -
Marcin zachowywał niezmącony spokój.
-
Ty to popieprzony jesteś. Tam leżą miliony dolców! Nie będę
siedział na dupie! - obraził się Lewy.
-
To, kurwa, stój na głowie, tylko nikogo już nie narażaj - w
głosie Wasyla zgrzytnęła stal.
-
Vazil, ja się nie chcę wtrącać - rzekła Pammy. - Ale bezczynnie
siedzieć nie możemy. On nam zagraża, poza tym wie jak się stąd
wydostać!
-
Może zrobimy jakąś pułapkę? - zniżyłam głos. - Wykopiemy dół,
czy coś?
Wasyl
mruknął coś niezrozumiałego, natomiast Fred pokręcił głową.
-
Na nic - rzekł z troską. - On jest śledź, on widzi wszystko.
Pułapka musi być tajemnica...
Pomysł
Pammy wzbudził we mnie jednak entuzjazm, w końcu była to jakaś
szansa na ocalenie. Wyżarłam ostatnie kawałki ryby, wrzuciłam
liść do ognia i oblizując palce zaczęłam myśleć.
-
Słuchajcie - zaszeptałam. - A jakby tak wykopać dziurę w tej
chałupie, w dżungli? Tam nie będzie widział dokładnie co robimy,
może pomyśli, że szukamy skarbu?
-
No! - zapaliła się Pammy. - Przyjdzie sprawdzić co robimy i się
złapie!
Wasyl
popatrzył na nas z namysłem.
-
Dobra - rzekł krótko. - Przekonałyście mnie.
Przybiłyśmy
sobie piątkę, podskakując z radości. Fred uniósł w górę oba
kciuki.
-
Ale to nie tak hop siup - Marcin ostudził nasze zapały. - Najpierw
musimy zrobić porządne zapasy żarcia i odpocząć po wczorajszym.
-
Możemy, no... rozkosz i pożytek razem - rzekł Freddie. - Przynieść
jedzenie i znajść dobre miejsce dla dziury.
-
No to idziemy! - Lewy zerwał się z piasku i sięgnął po włócznię.
Wasyl
spojrzał na niego dość mało czule i też się podniósł. Swoją
maczetą wyciął z krzaków kij, zaostrzył i wręczył Fredowi.
-
Dzisiaj ty trzymasz tylną straż - oznajmił. p Jakby co, to
napierdalaj.
Fred
kiwnął głową.
-
Będę napierdalał! - oznajmił dumnie.
Wyprawa
po frukta tym razem odbyła się bez niespodzianek. Dla pewności
trzymałam cały czas Wasyla za rękę, nie protestował jakoś.
Zaopatrzyliśmy się w banany, yamy i chlebowce, dyskretnie i po
jednej osobie zlustrowaliśmy chatę, po czym odbyliśmy po drodze
szeptaną debatę, próbując ustalić najwłaściwsze miejsce na
pułapkę i sposób pozbywania się ziemi z wykopu. Oczywiste było,
że należy tę dziurę zrobić gdzieś na środku pomieszczenia,
tak, żeby złoczyńca na pewno na nią wlazł, a zamaskować deskami
podłogi. W tym celu należało się wyposażyć w narzędzia. Fred
zasugerował, że można by zrobić coś w rodzaju piły, obtłukując
dużą, płaską muszlę, tak aby uzyskała ząbkowaną krawędź.
Wasyl zapalił się do dzieła i ustalili, że zajmą się tym jak
tylko dojdziemy do obozu.
Udzielałam
się w tej dyspucie dosyć mało, przyglądając się Marcinowi, tym
razem akurat nie dlatego, że chciałam popodziwiać jego
niezaprzeczalną męską urodę, ale ponieważ coś mnie
zaniepokoiło. Wasyl otóż lekko utykał. Jeśli skaleczył się w
nogę, należało to od razu obejrzeć, bo z ranami w tropikach nie
ma żartu, gangrena może się wdać błyskawicznie. Chciałam go
przygwoździć w tej kwestii od razu po powrocie, ale skubany wymigał
się.
-
A, czymś się drasnąłem w tej wodzie wczoraj - wzruszył
ramionami, gdy go nagabnęłam nad naszym spiżarnianym dołem. -
Później opatrzę, teraz muszę poszukać muszli i ryb nałowić.
Wzięłam
się pod boki i spojrzałam na niego, najsurowiej jak potrafiłam.
-
Chciałabym to obejrzeć - rzekłam, głosem lodowatym jak wody
Arktyki.
-
Później, ruda, później - zbył mnie. - Lewy, łap za oścień i
do wody!
Lewandowski
wsypał swój ładunek do dołu, otarł pot z czoła i skrzywił się.
-
Najpierw idę popływać - oznajmił. - Zgrzałem się jak świnia.
Nikomu
się nie chciało z nim kłócić, popatrzyliśmy więc jak oddala
się sprintem i rzuca się w fale. Rozejrzałam się, z nadzieją, że
ujrzę znajomą, trójkątną płetwę, ale nic z tego. Gdzie te
rekiny, gdy ich człowiek potrzebuje?
Każdy
miał coś do roboty, więc nie zajmowaliśmy się za bardzo
pływackimi popisami Lewego. Pammy obierała yamy, ja cięłam
nożyczkami liście bananowe na poręczne kawałki, Fred zbierał
opał, a Wasyl łaził po plaży, grzebiąc ościeniem w piasku i
szukając muszli. Niebo było bez skazy, morze spokojne jak talerz
zupy, w dżungli coś melodyjnie świergotało i przez chwilę nasze
odludzie wydawało sie zakątkiem iście sielankowym. Aha, akurat.
Sielankę
zakłócił straszliwy wrzask.
-
Kurwa!!! - wrzeszczał Lewy, machając ramionami. - Boli, ja
pierdolę!
Pammy
i ja zerwałyśmy się z piasku, rzucając nasze zajęcia, Fred
upuścił wiązkę suchych kokosowych liści i wszyscy troje
popędziliśmy na brzeg, Wasyl tymczasem, odrzuciwszy oścień, wpadł
jak bomba do wody.
-
Rekin! - jęknęła Pammy.
Ale
nie, Lewy się wprawdzie rzucał w wodzie jak opętany, wrzeszcząc,
krzycząc i klnąc, jednak nie było widać śladu rekina, ani też
krwi na wodzie.
-
Paaarzyyyy! - wył Lewy.
-
Do brzegu, debilu, chodź do brzegu! - ryknął idący ku niemu
Wasyl.
-
Kurwa, jak to boli! - wrzasnął Lewy w odpowiedzi. Strzepnął coś
z siebie gwałtownymi ruchami, po czym jął płynąć panicznie do
brzegu. Opił się przy tym potężnie morskiej wody, ale w końcu,
wytrzeszczając gały w grymasie bólu i strachu dobrnął do
płytszego miejsca, gdzie stał już Wasyl.
Marcin
spróbował objąć go wpół, żeby pomóc mu wyjść na brzeg, ale
Lewy wrzasnął tak głośno, że przysięgłabym, kilka kokosów
poleciało od tego na ziemię.
-
Nie dotykaj!!! Kurwa!!!
Wasyl
cofnął więc rękę i Lewandowski wyszedł na brzeg sam, nieomal
płacząc.
-
Coś mnie poparzyło, ja pierdolę, jak to boli, jak ogień! -
jęczał.
Spojrzeliśmy
na jego pierś. Skórę miał pokrytą cieniutkimi, nitkowatymi
śladami w odcieniu strażackiej czerwieni, wyraźnej nawet na jego
opalonej skórze. Wyglądało to tak, jakby ktoś obrzucił go
czerwonym spaghetti.
-
Co to, kurwa, jest? - zapytał zdumiony Wasyl.
-
Odwróć się - zażądała równocześnie Pammy.
Lewy
posłusznie wykonał polecenie, drżąc i chlipiąc. Jego plecy
wyglądały podobnie, całe w czerwonych, krętych śladach,
nabiegających już opuchlizną.
Fred
, Pammy i ja spojrzeliśmy na siebie.
-
Meduza - oznajmiliśmy jednogłośnie.
-
Co?! Mówcie po ludzku! - wrzasnął Lewy. Dotknął jednego ze
śladów i kwiknął. - Mamusiu, booooli...
-
Nie dotykaj - pouczyła Pammy. - Poparzyła cię meduza.
Odwrócił
się, czerwony na twarzy ze złości.
-
Jak to mnie meduza poparzyła? Meduzy to nie są pierdolone pokrzywy,
jak pływająca galareta może parzyć?! - krzyknął, a jego głos
wzniósł się w piskliwym crescendo.
-
Normalnie - wyjaśnił Wasyl. - Ma parzydełka i parzy.
-
Takie nicie za sobą włóczy - dodał Fred. - Długie i złe.
-
Nicie czy nie, mnie boli! - zawył Lewy, zaciskając dłonie w
pięści. - Zróbcie coś!
-
No wiesz, Bobby, jest takie lekarstwo... - zaczęła Pammy z
wahaniem. Schowałam się za plecami Wasyla, nie mogąc stłumić
chichotu.
-
No to mi je daj! - warknął Lewandowski. Z oczyma wychodzącymi z
orbit bardziej niż kiedykolwiek przypominał rybę.
-
Ale wiesz... nie wiem czy ci się spodoba... - powiedziała.
-
Pewność jest, że nie - oznajmił Freddy, z wysiłkiem tłumiąc
uśmiech.
-
Dobra, ja mu powiem - rzekł Wasyl. - Lewy, ktoś musi ci na te
oparzenia naszczać.
-
Co zrobić?! - Lewy zapiał ze zgrozy jak młody kogut. - Kpisz sobie
ze mnie?
-
Naszczać - powtórzył Wasyl. - Nasikać. Olać. Zrobić pipi.
Czaisz?
-
O, nie nie, nie! - wrzasnął Lewy. - Ja jestem sławnym piłkarzem!
Ja strzeliłem cztery gole Realowi! Nikt nie będzie na mnie sikał!
W
tym momencie nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać, a żeby
stłumić rechot i nie wyjść na rudą chamkę, objęłam Wasyla
wpół i wcisnęłam twarz w chiński tatuaż na jego plecach.
-
Bobby, ale nie ma innego lekarstwa - przekonywała Pam. - Bez tego to
ci się zaogni, możesz dostać zatrucia całego organizmu, albo
zakażenia...
-
Nie ma mowy! Wolę umrzeć! - Lewy spróbował założyć
ostentacyjnie ręce na piersi, ale zawył z bólu. - Kuuuurwaaaa...!
-
Zostaną ci blizny - zauważył Wasyl od niechcenia. - Paskudne i
głębokie.
-
Boże, nie mógłbym już nigdy pokazać klaty! - Lewy zbladł pod
opalenizną. - Pammy, ty to zrób, proszę!
-
Przykro mi, Bobby, ale siusiałam niedawno - Pam bezradnie rozłożyła
ręce.
-
Idgie, kochana, to ty! Błagam!
-
Sorry, ale nie będę przed tobą świecić gołym tyłkiem -
odparłam stanowczo, wyglądając zza Wasyla. - Poza tym lałam razem
z Pam.
-
My cię chętnie pomogamy - rzekł Fred, uśmiechając się szeroko i
jakby drapieżnie.
-
Kurwa... - jęknął cichutko Lewy.
-
Teraz damy się odwrócą - zażądał Wasyl. - A ty, Lewy, ściągnij
gacie i uklęknij na piasku.
Pam
stanęła tyłem do chłopaków, ja zrobiłam to samo, z tą jedynie
różnicą, że wróciłam do ogniska.
-
Jak ktoś później o tym komukolwiek wspomni... - zawarczał
Lewandowski.
-
Opiszę to w mojej autobiografii! - wrzasnęłam znad yamów i liści.
- I sprzedam miliony egzemplarzy!
-
Tylko spróbuj! - wrzasnął Lewy rozpaczliwie.
-
Lewy, zamknij paszczę, bo ci jeszcze do niej naleję - pouczył
Wasyl.
Przez
chwilę ciszę przerywały tylko odgłosy ciurkania.
-
No i już - oznajmił Wasyl.
-
Po wszystkiem - przyświadczył Fred.
-
I co teraz? - zapytał żałośnie Lewy. Siedział, mokry od moczu,
na piasku, zakrywając genitalia dłońmi, a minę miał jak zbity
spaniel.
-
Masz siedzieć aż wyschniesz - pouczyła Pam. - Potem możesz się
opłukać w morzu i ubrać.
-
Chodź Fred, to cię nauczę łowić ryby ościeniem - Wasyl poklepał
Francuza po plecach. Weszli zgodnie do morza, opłukali dłonie i już
mieli iść głębiej, gdy nagle Marcin zaklął, wypuścił oścień
i kurczowo chwycił spodenki, które właśnie zaczęły zsuwać mu
się z bioder, ukazując moim oczom nieco więcej, niżby ich
właściciel sobie życzył.
-
Ja pierdolę - rzekł, na poły z rozbawieniem, na poły z irytacją.
-
Problemy ze spodenkami? - krzyknęłam.
-
To jest konkretnie, kompletnie bez sensu! - odkrzyknął. - Freddie,
idź sam, ja zaraz przyjdę.
Dotarł
do ogniska, trzymając spodenki jedną ręką.
-
Troczki mi pękły, zaraza - rzekł. - Masz jaki duży liść pod
ręką?
Urwałam
mu i przyniosłam rozłożysty liść palmy kokosowej.
-
Odwróćcie się - zażądał. - Ruda, no już!
Odwróciłyśmy
się posłusznie, chociaż ja osobiście nie miałam za bardzo
ochoty. Po chwili Wasyl siedział goły na piasku w cieniu,
przyokryty w miejscu strategicznym palmowym liściem i wywlekał
troczki z gaci.
Podałam
Pammy michę z utartymi na paćkę yamami i korzystając z okazji
przypuściłam szturm na Wasyla. Nie, nie w celach erotycznych, skąd
znowu.
-
Skoro już tu siedzisz i raczej nie uciekniesz - rzekłam słodko. -
To może bym obejrzała tę twoją nogę?
-
Nic mi nie jest - próbował jeszcze bagatelizować.
-
Dobra, dobra. Dawaj kopyto.
Wyciągnął
ku mnie kosmatą kończynę.
-
Na podeszwie się skaleczyłem - poinformował.
Rozcięcie
było dosyć płytkie, ale zdążyło lekko nabrzmieć i wyglądało
dość nieciekawie.
-
Będzie czyszczonko - oznajmiłam. - Bolesne, ostrzegam.
-
Spoko - odparł.
Ułożyłam
jego stopę na dużym, gładkim liściu, po czym przyniosłam
scyzoryk, z ostrzem wypalonym w ogniu, dla dezynfekcji oraz kalebasę
z morską wodą. Następnie otworzyłam ranę na nowo, spodziewając
się posykiwań, lubi innych objawów bólu ze strony mojego
pacjenta, ale nie, nawlekał pracowicie związane troczki w spodenki,
za pomocą patyka, pomagając sobie wystawionym językiem i
niespecjalnie zwracał uwagę na to, co robię z jego nogą.
Wycisnęłam
starannie skaleczenie, aż pokazała się krew, po czym przemyłam je
starannie morską wodą. Potem zakopałam liść, starannie wymyłam
ręce i nóż i ponownie wypaliłam go w ogniu.
-
Skończone - oznajmiłam. - A teraz masz absolutny zakaz moczenia tej
nogi, co najmniej do jutra.
-
Gotowe! - sapnął Marcin. - Oby tylko znowu nie puściły!
-
Słyszysz co ja mówię? - zapytałam.
-
Słyszę, słyszę, ale ktoś musi łowić ryby, nie?
Jakby
w odpowiedzi, od strony morza rozległ się radosny krzyk.
-
Złapałem wieloryb! Złapałem wieloryb!
Fred
z wysiłkiem uniósł oścień, wygięty pod wpływem ciężaru w
łuk. Nad powierzchnią wody ukazała się ogromna, trzepocząca,
srebrzysta ryba o opływowych kształtach torpedy.
-
Pomoccie! - krzyknął Fred. - Nie dam zdrady!
-
No widzisz - rzekłam, zrywając się. - Freddy radzi sobie
znakomicie.
-
Tuńczyk! - zawołała Pammy. - Jaki piękny!
Lewy
siedział nabzdyczony i zły.
-
To nie fair - mruknął.
Tymczasem
Fred walczył dzielnie ze swoim łupem i holował go do brzegu,
oślepiony pryskającą wodą. chwyciłam w biegu maczetę i
popędziłam do wody.
-
Dawaj go na brzeg! - krzyknęłam do Freda. - Na płyciznę!
Podholował
szarpiącą się na ościeniu rybę jeszcze trochę. Upolowany przez
niego potwór miał ponad pół metra długości i na moje niewprawne
oko ważył kilkanaście kilo.
-
Odsuń nogi! - ostrzegłam i wzięłam zamach maczetą. Jednak żeby
odrąbać łeb temu lewiatanowi potrzebowałam trzech ciosów. Woda
zabarwiła się krwią.
Fred
odtańczył tymczasem taniec zwycięstwa, po czym, nieoczekiwanie
również dla samego siebie, chwycił nadbiegającą Pam wpół i
mocno pocałował w usta.
-
Freddie, no co ty - zaróżowiona i zmieszana wyplątała się z jego
objęć.
Wspólnymi
siłami wypatroszyliśmy i poćwiartowaliśmy to rybie bydlę, po
czym tryumfalnie zanieśliśmy rozkawałkowane zwłoki do ogniska.
-
Bobby, mógłbyś się już umyć? - zapytała Pam. - Śmierdzisz
troszkę.
Lewy,
mamrocząc coś pod nosem poczłapał do wody, tymczasem Wasyl
przykicał bliżej ognia.
-
Nie zapiaszcz sobie tej nogi, bo ci ją utnę maczetą - ostrzegłam.
-
Spoko, pani doktor - rzekł, uśmiechając się - No Fred,
gratulacje, taka sztuka na pierwszy raz!
-
Szczęście - odparł Fred prosto.
Połowę
tuńczyka pożarliśmy od razu, zgryzając yamowymi pakiecikami i tym
razem to ja obsługiwałam Wasyla przy posiłku, zabraniając mu
surowo wstawać. Uszczęśliwiony Fred gapił się w Pammy jak w
tęczę, ona zaś wydawała się dziwnie zmieszana i unikała jego
spojrzenia, natomiast Lewy, jak to Lewy, miał focha na cały świat.
Po
obiedzie zostaliśmy z Wasylem sami w naszym kąciku kuchennym. Pammy
i Fred konferowali o czymś pod palmami kokosowymi na końcu
zatoczki, Lewy zaś poszedł się kąpać, bo jak twierdził, wciąż
czuł zapach moczu.
Marcin
leżał na plecach, kiwał kontuzjowaną stopą w powietrzu i gapił
się w bezchmurne niebo.
-
Pensa za twoje myśli - powiedziałam, przysuwając się.
-
Tanio - rzekł leniwie.
-
Nie mam więcej. Może handel wymienny?
Spojrzał
na mnie, zieleń w jego tęczówkach mieszała się z brązem,
lśniącym złociście w słońcu.
-
Chciałbym móc wrócić do domu - powiedział odległym głosem. -
Ale tego nie załatwisz, Imogene.
Pochyliłam
się nad Marcinem, warkocz ześliznął mi się z pleców jak
miedziany wąż i miękko zsunął się na jego pierś. Wasyl patrzył
na mnie, szeroko otwartymi oczyma, poważny i jakby nieśmiały jak
pierwszoklasista, a zarazem tak męski i pociągający, że aż
kręciło mi się w głowie. Dotknęłam ustami jego ust, sama
onieśmielona i niepewna, delikatnie i powoli, jakbym bała się...
nie wiem, spłoszyć go? Poddawał się przez chwilę mojej
pieszczocie, a potem, sama nie wiem jak, to ja znalazłam się pod
jego silnym ciałem, a on całował mnie, coraz bardziej namiętnie,
coraz mocniej, coraz goręcej. Czułam jego dłonie pod swoją
koszulką, jego usta gdzieś na mojej szyi i chyba cichutko
pojękiwałam.
-
No ładnie się zabawiacie! - ryknęło nam nad głowami. - A ja tu
cierpię!
Lewy,
oczywiście. Popsuł cały nastrój, Wasyl zerwał się, spłoszony,
bąknął coś, czego nie zrozumiałam i uciekł na drugi koniec
zatoczki, a ja byłam bliska walenia głową w piasek.
Ktoś
stanowczo nie wyjdzie z tego miejsca żywy i już ja wiem kto.
___________________________________________________________________________
Oddaję w wasze ręce ósmą notatkę z dziennika Idgie. Namiętność i pasja burzy bohaterom krew, Lewy jak zwykle pojawia się nie wtedy, kiedy trzeba, a w morzu czyhają wredne stwory... Miłego czytania!
Martina
P.S. Poparzenia od meduz naprawdę leczy się moczem. Nie zmyśliłam tego. M.
No ja pierdole... czy ten Lewy zawsze musi wszystko spierdolić? Mogła go ta meduza dziabnąć bardziej... Ale odczuwam wielką satysfakcję, że siedział na piasku oszczany i zły. Hahaha
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejną notkę!
Huraaaaaa! Lewego wreszcie coś uszkodziło;D Ale po tym jak przerwał Idgie i Wasylowi mógłby jeszcze raz spotkać się z meduzami;) Freddie stara się jak może o względy Pammy i oby w końcu mu się udało:) Super rozdział, czekam na ciąg dalszy;)
OdpowiedzUsuńNo cudownie po prostu :D A akcja z meduzą była prze zabawna :)
OdpowiedzUsuńW końcu coś się dzieje między nimi... jupiii czekam już na kolejny :)
dobrze tak Lewemu z tą meduzą, należało mu się :D świetna końcówka, a przynajmniej jej kawałek który został przerwany przez pana Lewandowskiego, mam nadzieję że będzie więcej takich scen z Wasylem i Idgie w roli głównej i że nikt im nie przeszkodzi ;D no i jeszcze Pammy i Freddie *.*
OdpowiedzUsuńczekam na następny <3
I tak dobrze Lewemu! To już straszna menda! Szkoda, że meduza nie poparzyła całe ciało :D To wtedy będzie, hoho :)
OdpowiedzUsuńLewy u mnie to minus, jak tak można przerwać tej chwili, jaka zaszła między Igdie a Wasylem <3
Gdy przeczytałam, że będą na Lewego oszczać, to tak się uśmiałam, że nie wiem co :D Nie wierzyłam w to, a gdy poinformowałaś, że nie zmyśliłaś, od razu weszłam na google i no i muszę przyznać Ci rację ;D
Pozdrawiam i czekam z utęsknieniem na nocię ;*
Dlaczego ten Lewandowski jest takim debilem?! Jak on śmiał przerwać im tak piękną chwilę? Bardzo dobrze, że musiał siedzieć na tym piachu obszczany, szkoda, że przypadkiem nikt mu do gęby nie trafił, może by się zamknął i nie zachowywał jak mała dziewczynka :D
OdpowiedzUsuńCzytam sobie, czytam, myślę: ale między nimi iskrzy. I nagle dochodzę do ostatniego fragmentu, już jest tak bosko i... Lewy. Jezuuuu! Ta sierota im zdecydowanie zbyt uprzykrza życie. Bardzo, bardzo dobrze, że go poparzyła ta cholerna meduza. A akcja z leczeniem poparzonych miejsc iście epicka. Dobrze mu tak :P
OdpowiedzUsuńNo, no, no :D Pomiędzy Wasylem a Idgie jest coraz goręcej. Tylko szkoda, że Lewy musiał im przerwać xD Ciekawa jestem, jak teraz będą się zachowywać w stosunku do siebie...
OdpowiedzUsuńo nie, błagam, tylko nie wspomnienie tego feralnego meczu i bramek Prawego o.O znowu globusa dostaję z tego wszystkiego :o
OdpowiedzUsuń"- bedę napierdalał! " no przepraszam, ale w wykonaniu Freda te słowa wydają mi się piekielnie zabawne. mało nie jebłam z tego śmiechu jak sobie go wyobraziłam z tym kijem. :D dodam jeszcze sikanie na Robcia i już w ogóle. ten to się musi kurwde pojawić w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, że tak powiem -,- czemu go ten rekin nie zeżarł ja sie pytam? :D
Kiedy bedzie rozdział?
OdpowiedzUsuń