Zdjęcia
Lewego, traktowanego przez małżonkę kopniakiem z półobrotu
ukazały się w brukowcach i nie tylko brukowcach całej Europy
(między innymi za sprawą Freddiego, który wykonane przez siebie
foty wysłał wszystkim gazetom, które chciały i tym które nie
chciały też). Okazało się również, że przezorna Lewandowska
doprowadziła do podpisania przed ślubem intercyzy, w myśl której
gdyby zechciała się rozwieść z powodu niewierności małżonka,
mogłaby go puścić w skarpetkach. Tak oto Lewy został
najsłynniejszym pantoflarzem Europy, poniewieranym przez żonę bez
litości i potulnie to znoszącym.
Freddie
i Pam pobrali się w marcu. Ceremonia odbyła się na Florydzie, w
Boca Raton, na to bowiem miejsce uparł się Fred.
-
Ja tam ciebie po raz pierwszy zobaczył i mnie trafił ten taki... -
tłumaczył z przejęciem. - Ta niebiańska elektryczność
sycyliańska!
Ogłuszył
nas wszystkich radykalnie w pierwszej chwili.
-
Co cię, przepraszam, trafiło? - zapytała Rhi. Była obecna,
rozmowa bowiem odbywała się w jej mieszkaniu w Glasgow. Zjechaliśmy
się obgadać z wydawcą kwestię książki o Kościańskim, czyli
tajemniczym szkielecie z bagien. Freddie przyjechał z Pam, ja
niestety bez mojego niedźwiedzia, ten bowiem bawił na obozie
treningowym.
-
No ten taki... - plątał się Fred. - Takie jasne i długie z nieba!
-
Piorun! - odgadła błyskotliwie Abby, uwalniając nas od ciężaru
dalszej dedukcji.
-
Tak! - Fred się rozjaśnił wewnętrznym światłem. - Piorun mnie
trafił! I dlatego chcę ci ślubać tam i tylko tam!
Chwycił
Pam za ręce i potrząsnął nimi tak, że aż cała podskoczyła.
-
No dobrze, kochanie, dobrze, możemy w Boca, mnie wszystko jedno -
oznajmiła. - Chcę, żebyć był moim mężem, a gdzie to się
stanie, to już drobiazg.
Freddie
ucałował dłonie swojej narzeczonej z takim ogniem, że o mało nie
zrzucił ze stołu połowy jego zawartości.
-
Tylko musimy się pospieszyć, skarbie - rzekła Pammy z filuternym
uśmiechem. - Co teraz mamy za miesiąc?
-
Styczeń, druga połowa - odparła uczynnie Abby.
-
No to musimy zrobić ten ślub najpóźniej w marcu, bo nie chcę się
toczyć do ołtarza - oznajmiła Pam.
-
Toczyć? - zdziwił się Fred. - Czemu toczyć? Ty masz takie piękne
długie noga!
Pam
pokręciła głową z miną "Ach ci mężczyźni!".
-
Nie rozumiesz? - zapytała Freda, usmiechając się łagodnie.
Domyślałam
się co usiłuje przekazać, Rhi i Abby sądząc z min też nie miały
z tym problemu, tylko Freddie patrzył wzrokiem tyleż cielęcym, co
pełnym uwielbienia.
-
Nie - odparł. Sięgnął po cukiernicę i jął sypać łyżeczką
cukier do swojej filiżanki herbaty.
-
Jestem w ciąży, głupku - rzekła Pam czule.
Cukiernica
drgnęła w ręku Freda, przechyliła się i cała jej zawartość
poleciała do filiżanki, z której herbata polała się kaskadą na
spodek.
-
Ty... - głos Freddiego wyraźnie drżał. - Ty oczekujesz dziecko?
Nasze dziecko?
Pam
skinęła głową.
Fred
oblizał wargi, po czym sięgnął po filiżankę, zapomniawszy, lub
nie zauważywszy, że zamiast napoju ma tam gęsty lukier. Pociągnął
tęgi łyk, wytrzeszczył oczy, splunął na dywan, otarł usta i
zapytał.
-
Dziecko...?
-
Nic się nie stało, nic się nie stało! - uspokajała Rhi.
-
To ja pójdę po mokrą ścierkę! - poderwała się Abby.
-
Dziecko! - wrzasnął Freddie radośnie. Zerwał się od stołu,
chwycił Pam w objęcia i zamiótł nią z impetem dookoła, wbijając
usiłującą się przecisnąć boczkiem Abby w wielką donicę z
palmą. Rhi zasłaniała stół własną piersią, ja kominek, żeby
nie wpadli w te wszystkie ruszty i pogrzebacze, a Fred dalej szalał.
-
Ja będę tata! - krzyczał podskakując z roześmianą Pam w
uścisku. - Ja ciebie kocham, kocham, kocham! Ty jesteś moje słońce
i księżyc i gwiazda i wszystkie ciało niebieskie!
Abby
wbiła się głębiej w palmę, usiłując uniknąć stratowania, bo
salon Rhi nie miał rozmiarów sali balowej w zamku Windsor,
tymczasem Rhiannon trwała w wyraźnym dylemacie: dalej zasłaniać
stół, czy chronić przed tym rozpląsanym francuskim szaleńcem
kredens, z zabytkową zastawą po babci.
-
Też cię kocham! - pufnęła zduszona Pam w pierś Freda. - Ale już
mnie odstaw, wariacie, zanim zdemolujesz Rhi cały salon!
Fred
wyhamował w rozpędzie, uwolnił swą bogdankę z objęć i
rozejrzał się dookoła. Mokra plama na dywanie i Abby, czająca się
w palmie niczym Robin Hood w Lesie Sherwood otrzeźwiły go z
miejsca.
-
To wszystko ja? - rzekł. Podał Abby rękę, pomagając jej wyjść
z kwiecia. Nie ucierpiało za bardzo, za to Abby miała na tyłku
plamę z ziemi. - Ja przepraszam, ale ja jestem taki szczęśliwa
człowiek! Ja kupię ta spódnica...
-
Nic się nie stało, ona się dobrze pierze - odparła Abby,
odsuwając się na wszelki wypadek. Freddie w obecnym stanie ducha
wyglądał na człowieka w pełni zdolnego zedrzeć z niej tę
spódnicę, celem natychmiastowego wyczyszczenia.
-
...ja dywan myję już, nie będzie plama, ale rozumiecie, ja jestem
taki szczęśliwa, że ja prawie wybucham!
Uparł
się i osobiście uprał ten dywan, trzeba go było przy tym znowu
hamować, bo czynił to z takim zapałem, że mógłby przetrzeć
dziurę na wylot. Dał się jakoś doprowadzić do przytomności i
zdołaliśmy dokończyć sprawy zawodowe.
Pobrali
się zatem w marcu, a ceremonia odbyła się na plaży. Nie wiem
jakim cudem Wasyl zdołał sobie wtedy wyrwać odpowiednią ilość
wolnych dni (Rhi i Abby nie zdołały), ale zdołał i polecieliśmy
tam we dwoje. Szarpnął się nawet i kupił elegancki letni gajer w
kolorze białym, twierdząc, że w czarnym przy prawie trzydziestu
stopniach nie wytrzyma, a w krótkich gaciach przyjść mu nie
wypada. Ja problemów odzieżowych nie miałam, nabycie dostatecznie
eleganckiej i dostatecznie zwiewnej kiecki było proste niczym drut.
Pam
zakwaterowała nas w hotelu, który składał się z eleganckich
bungalowów, położonych nad samym morzem. Rozpakowaliśmy się w
naszym bungalowie, odmeldowaliśmy Pammy i Fredowi, odespaliśmy
jetlaga, po czym okazało się, że jest trzecia rano, a my jesteśmy
radośni jak skowronki i gotowi do działania. I absolutnie nie
senni.
Fajnie,
nikt nie powiedział, że łóżko służy wyłącznie do spania.
Kochaliśmy się zatem z wielkim zapałem, nie tylko w łózku
zresztą, potem Wasyl zamówił do pokoju butelkę wina i wzięliśmy
długą kąpiel w wannie tak dużej, że można byłoby w niej
spokojnie zrobić rekonstrukcję bitwy pod Trafalgarem. Wysuszyliśmy
wino, zachlapaliśmy łazienkę, wysuszyliśmy z kolei siebie,
wróciliśmy do łóżka, ale tym razem tylko grzecznie włączyliśmy
telewizor. Real Housevives of Miami wstrząsnęły nami do głębi,
The Kardashians jeszcze bardziej, skończyło się więc tym, że
Marcin wyłapał jakiś angielski kanał sportowy, na którym leciała
powtórka meczu Manchester United z kimś tam. Uświadomiłam sobie,
że leżę w luksusowym bungalowie na Florydzie, z wściekle
romantycznym widokiem za oknem, brodę wspieram na godnym gladiatora
torsie superseksownego faceta... i gapię się na spoconego i
ubłoconego Wayne'a Rooneya na ekranie telewizora.
Absurdalność
tej sytuacji w połączeniu ze świrującym skutkiem lotu organizmem
doprowadziła mnie do nieopanowanego ataku dzikiej głupawki.
Zaczęłam się śmiać, ba, rżeć, tarzając się po łóżku i
płacząc w klatę mego supermana, kwicząc, prychając i płacząc.
-
Idgie, co jest? - Marcin oderwał się od tłumaczenia mi niuansów
angielskiego futbolu.
Chichocząc
jak upalona hiena, podniosłam rękę i wskazałam na ekran, na
którym akurat kotłowała się grupka zawodników.
-
Ja... my... ja nie mogę! - kwiknęłam, zwijając się w kłębek,
by zaraz się rozwinąć. - Boże, to takie porąąąąąbaaaaaneeee!!!
Rżałam
przez dobre dziesięć minut, nie potrafiąc mu wyjaśnić co mnie
tak rozbawiło. Na szczęście znał mnie na tyle dobrze, że nie
wezwał facetów w białych kitlach, tylko ze stoickim spokojem
przeczekał mój atak wesołości.
Jakoś
dotrwaliśmy do dnia następnego, w którym wybuchło nieduże
pandemonium, związane z przygotowaniami do wyjścia. Jak zwykle.
-
Kochanie ty moje, czyś ty przekładał moją kosmetyczkę? -
syczałam z łazienki głosem indyjskiej kobry.
-
Ten kufer? Żebym kontuzję podłapał? - burczał Marcin z sypialni.
- Gdzie są, do cholery, moje czyste skarpetki?!
-
Tam, gdzie je pieprznąłeś - warczałam, przeszukując półkę pod
lustrem i inne łazienkowe zakamarki. - Nie kufer, tę mniejszą, w
kratkę! Z mazidłami do twarzy!
-
Nic nie wiem o żadnych kratkach z mazidłami! - bulgotał mężczyzna
mojego życia. - Jakaś kosmetyczka leży na toaletce, oczu nie masz?
No
fakt, sama ją tam położyłam. Porzuciłam wychodek i poleciałam
do sypialni. Wasyl rył w szafie jak wściekły dzik, miotając
klątwy, z których domyśliłam się, że skarpetki znalazł, teraz
zaś szuka krawata.
-
Jakbyś nie ładował ciuchów w jednym kłębie do szafy, tobyś nie
miał problemu - zauważyłam słodko, zabierając się do malowania
gęby.
-
Nie denerwuj mnie, bo pójdę w samych gaciach! - zagroził, z
wyrazem twarzy, którego mogłabym się przestraszyć, gdybym znała
go odrobinę gorzej.
-
Mnie to nie przeszkadza - mruknęłam, po czym zgrabnym ruchem
pomalowałam sobie nie tylko górne rzęsy, ale także kawałek
powieki nad nimi. - Jasna cholera!
Tymczasem
mój mężczyzna wbijał się w koszulę.
-
Szlag by to, za ciasna pod szyją - mamrotał, dopinając guziki.
-
Nie było takich z większym rozmiarem kołnierzyka? - pracowicie
ścierałam tusz z powieki, mając nadzieję, że oko nie będzie
czerwone.
-
Były, na walenie dziesięć ton żywej wagi - parsknął. - Nic nie
poradzę, albo robią koszule na śledzie z szyjami jak patyczki,
albo na wieloryby.
-
To odpuść sobie krawat, nie będziesz musiał zapinać się pod
szyję - poradziłam, odwracając się od lustra. - Ty zamierzasz się
w tym ludziom pokazać?
Pomacał
się po koszuli, jakby chciał wygładzić te niezliczone zagniecenia
na niej i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-
No. Coś nie tak jest? Plamę mam?
Powstrzymałam
facepalma w połowie gestu, przypomniawszy sobie, że mam świeżo
malowaną gębę.
-
Oświadczam ci uprzejmie - rzekłam, spinając włosy w planowo
niedbały kok - że wyjdziesz stąd w tej koszuli, bez prasowania,
wyłącznie po moim trupie. Siedziałeś na niej, czy woziłeś ją w
torbie treningowej? Bo wygląda gorzej niż psu z gardła wyjęta.
-
Serio? - Wasyl zdziwił się jeszcze bardziej.
-
Serio. Żelazko, ale już - rozkazałam.
-
Kurwa, spóźnimy się - złapał się oburącz za głowę. - Gdzie
tu jest żelazko???
Pomogłam
mu szukać, nie byłam taka. Przewróciliśmy sypialnię, łazienkę,
czas mijał nieubłaganie. Przyszedł chłopak z zamówionymi
kwiatami, otworzył mu Wasyl, bo akurat miał bliżej do drzwi, ja
tymczasem grzebałam w aneksie kuchennym.
-
Ty, ten chłopak z kwiaciarni to jakiś dziwny - stwierdził Marcin,
stawiając bukiet na kuchennym bufecie. - Jakiś taki spietrany był,
od razu uciekł i nawet napiwku nie chciał.
Przyjrzałam
mu się. No tak, sto osiemdziesiąt sześć centymetrów potężnie
umięśnionego chłopa, w dodatku odzianego wyłącznie w bokserki,
mocno wytatuowanego, ciemnowłosego i z morderczym wyrazem twarzy.
-
Wziął cię pewnie za jakiegoś narkotykowego barona - orzekłam. -
Tu takich pełno.
-
Mnie??? - zdziwił się Wasyl szalenie.
-
Aha. Cie - rzekłam i z rozmachem otworzyłam wysoką szafkę na
granicy salonu i kuchni.- Jezusie!
Deska
do prasowania ukryta dotąd we wnętrznościach mebla, teraz
entuzjastycznie rozłożyła się i zaprawiła mnie przy tym w czoło.
Usiadłam z impetem na płytkach podłogi, łapiąc się za głowę.
Mężczyzna
mego życia stanął na wysokości zadania. Wydłubał mnie spod
deski, przytulił do swej rozłożystej piersi, potem obejrzał
stłuczone miejsce, ucałował i zaaplikował okład z lodu, w
plastikowej torebce owiniętej ścierką (żeby topiąc się nie
popsuł mi makijażu), wreszcie usadził na najbliższym fotelu i
zabrał się do prasowania.
Niewiarygodne,
a jednak prawdziwe, doszliśmy na ten ślub na czas, odziani
należycie i nawet mi guz na czole nie wyrósł po zderzeniu z deską.
-
W tym garniturze - rzekłam, lustrując Wasyla uważnie. - W tym
garniturze wyglądasz nie tylko jak narkobaron, ale wręcz jak
narkobaron z "Policjantów z Miami".
-
Jesteśmy na Florydzie, więc wszystko pasuje - wyszczerzył się,
zadowolony.
Stanęliśmy
na piasku, w grupce gości, powiększającej się z wolna. Morze
szumiało cicho, roziskrzone w słońcu, jak postaw błękitnego
jedwabiu, na który ktoś cisnął garść klejnotów. Samotny, biały
ptak unosił się wysoko, na lazurowym niebie, poddając się
swobodnie wiatrom wiejącym tam w górze. Przypomniałam sobie tamtą
plażę, tamto morze i odruchowo poszukałam dłonią ręki Marcina.
Na
brzegu morza stał już ksiądz, przy nim zaś blady i przejęty
Fred, w białym garniturze, ale bosonogi. Wyglądał prawie jak
wtedy, gdy wyrzuciło go morze, tyle, że czyściej i schludniej.
Nagle
za grupą gości, od strony lądu, coś zahuczało. Obejrzeliśmy się
wszyscy jak na komendę. Po drewnianych stopniach na plażę schodził
facet, dmący w wielką konchę. Jej basowy dźwięk niósł się
daleko, tymczasem facet przeszedł między gośćmi, dzieląc ich na
dwie gromady, po czym zadął w konchę po raz drugi i trzeci,
ostatni raz najdłużej.
Wtedy
na schodach ukazała się Pam. Odziana była w białą prostą,
cienką sukienkę do kolan, na głowie zaś miała wianek z różowych
kwiatów, a stopy bose, tak jak Freddie. Szła sama, wiatr zaś igrał
z rąbkiem jej sukienki, unosząc go i targając, tak, że falował
delikatnie wokół jej szczupłych ud. Patrzyliśmy na nią wszyscy w
absolutnej ciszy, a najbardziej patrzył Fred.
Podeszła
do niego i delikatnie ujęła jego dłonie. Słońce świeciło nad
ich głowami i przez chwilę wyglądali jak żywa inscenizacja karty
"Kochankowie", jednego z Wielkich Arkanów Tarota.
-
Zebraliśmy się tutaj, aby połączyć tych dwoje... - zaczął
ksiądz swoją zwyczajową mowę.
Spojrzałam
na Wasyla. Stał zadumany, patrząc na młodych, ściskając moją
dłoń w swojej, wielkiej i ciepłej.
-...czy
ty Fredericku Thenardier bierzesz sobie tę kobietę za żonę...?
-
Tak, o Boże, tak!
Objęłam
Wasyla w pasie, wtulając twarz w jego bok, pachnący tak znajomo,
jego kosmetykami, jgo ciałem i bezpieczeństwem. Spojrzał na mnie,
w kącikach oczu czaił mu się uśmiech.
-
...czy ty, Pamelo Richardson bierzesz sobie tego mężczyznę za
męża...?
-
Tak!
-
Ogłaszam was mężem i żoną. Fredericku, możesz teraz pocałować
pannę młodą.
Freddiemu
nie trzeba było powtarzać. Chwycił Pam w ramiona i zatonęli w
pocałunku tak namiętnym, jakby nie istniał dla nich czas, ani
przemijanie. Przez tę jedną chwilę byli wieczni, zatopieni w
słońcu, jak motyle w bursztynie.
Potem
pobiegli plażą i schodami na górę, goście zaś poszli za nimi.
Pam zatrzymała się na szczycie schodów, zdjęła z głowy wianek i
rzuciła za siebie.
Trafiła
bezbłędnie.
Wianek
opisał krótki łuk w powietrzu i wylądował wprost na głowie
Wasyla, ku zgryzocie kilku pań, które usiłowały go złapać i
rozbawieniu pozostałych gości.
-
Jasny gwint - Wasyl pomacał się po głowie. - Śliczny jestem
teraz, nie?
Uśmiechnęłam
się od ucha do ucha.
-
Jak z obrazka - zapewniłam. - Poza tym wiesz, to ja ci się
oświadczyłam, więc wszystko tak jakby pasuje.
-
Czekaj , czekaj, ja to jeszcze załatwię porządnie - rzucił mi
niby-groźne spojrzenie spod różowego wianka.
Załatwił.
Kiedy późną nocą państwo młodzi opuścili wreszcie imprezę, na
co nalegał Fred, głęboko zatroskany o stan zdrowia swej małżonki
i roznącego w jej łonie potomka, poszliśmy na plażę.
Księżyc
znów był w pełni, tak jak tamtej nocy, kiedy kochaliśmy się
pierwszy raz. Biegliśmy po wilgotnym piasku, fale lizały nasze
stopy, a ocean oddychał niczym potężne płuca, napełniając
powietrze słonawą wonią. Gwiazdy lśniły wysoko na niebie, gdzieś
na horyzoncie przesuwał się jasny punkcik- przepływający statek.
Wasyl
cisnął marynarkę gdzieś za siebie i objął mnie. Czułam jego
ciepły oddech na szyi, szorstki zarost jego podbródka drapał moje
ramię.
-
Pamiętasz tamtą noc? - mruknął, całując mnie w ucho, jego wargi
były gorące i wilgotne.
-
A myślisz, że mogłabym zapomnieć? - zapytałam.
-
Nie wiem. Mogłabyś?
-
Nie, nawet gdyby mi zrobili lobotomię zardzewiałym gwoździem -
odparłam.
Odwrócił
mnie delikatnie twarzą do siebie.
-
Moja ruda wariatka - rzekł, uśmiechając się. W półmroku
błysnęły jego białe zęby. - Romantyczna jak zawsze.
Pocałował
mnie w usta, krótko i delikatnie.
-
No dobra - rzekł, macając się po kieszeniach. - Powiedziałem, że
załatwię to jak facet. I załatwię.
Klęknął
przede mną na oba kolana i spojrzał na mnie, jego oczy lśniły w
świetle księżyca.
-
Imogene Wright, czy zechcesz zostać moją żoną? - zapytał,
wyciągając dłoń, na której leżał pierścionek.
-
Wstań - poprosiłam.
Oczy
Wasyla były teraz okrągłe jak pięciozłotówki.
-
Co?
-
Wstań mówię, albo nie! Ja też uklęknę. Żeby było równo.
Zrobiłam
jak zapowiedziałam, klękając przed nim.
-
Nie jest równo, ruda, przecież jestem od ciebie wyższy - zdziwił
się.
-
Metaforycznie, niedźwiedziu, metaforycznie! - rzekłam. -
Konferujemy tu jak równy z równym!
-
O rany - westchnął. - A dowiem się czy zechcesz być moją żoną?
-
Tak! - oznajmiłam zwięźle.
-
Tak co? Tak, dowiem się, czy tak zechcesz?
Popatrzyłam
na niego. Siedział przede mną, wielki, kanciasty, w porozpinanej
koszuli, z podwiniętymi rękawami, przechylając głowę na bok.
Czy
ja zechcę?
Też
mi pytanie.
-
Chcę być twoją żoną.
-
No to daj łapkę - zażądał.
Podałam
mu dłoń, a on wsunął mi pierścionek na palec.
-
Jak to jest - rzekł marszcząc brwi - że z tobą nic nigdy nie jest
takie... szablonowe?
Nie
odpowiedziałam, przyglądając się pierścionkowi na moim palcu.
-
A miało być jak w romansach - prychnął śmiechem Wasyl.
-
No skoro chcesz szablonowego romantyzmu - rzekłam. - To bardzo
proszę.
Złapałam
go za poły koszuli, przyciągnęłam do siebie i pocałowałam.
Przewróciliśmy się na piasek.
-
Ruda wariatka - szepnął, unosząc się nade mną na rękach.
Było
to najcudowniejsze wyznanie miłości, jakie w życiu słyszałam.
Jakoś
tak w maju zadzwonił do mnie Fred. Na spotkaniu u Rhi, jeszcze w
marcu, podzieliliśmy sobie robotę i archiwa do przekopywania, a
trochę już było, z tym że dzięki znajomej Rhi nie musieliśmy
już szukać na ślepo. Przypomniała sobie, że był taki, który
chciał przelecieć z Florydy do Recife, w Brazylii, ale zaginął
wraz z samolotem. Nie pamiętała nazwiska gościa, pamiętała
natomiast kto mu budował samolot i gdzie.
Moje
poszukiwania, prowadzone głównie via net nie były owocne, ale
Freddie miał więcej szczęścia.
-
Ja wiem jak się one nazywały - rzekł do mnie tajemniczo. -
Szkielet i jego dama.
-
No? Gdzie znalazłeś? - zapytałam.
-
Archiwa - odparł. - I jedna wnuczka pra. Ty siedzisz?
Odruchowo
obejrzałam się za siebie. Byłam akurat w kuchni, bo telefon Freda
oderwał mnie od robienia obiadu.
-
Nie, stoję - odparłam. - A co?
-
Usiądnij - rzekł Fred. - Bo jak ci pomówię jak one się nazywają,
to ty leżysz.
Usiadłam
na kuchennym krześle.
-
No powiedzże!
-
On to Richard Martin. Ona Sylia Imogene Allardyce.
Imogene?
Richard Martin? Zbieg okoliczności był tak potężny, że aż
zakręciło mi się w głowie.
-
Niemożliwe - oznajmiłam stanowczo. - Kantujesz!
-
Żadne kanty - odparł Freddie. - Sama prawda!
Tak
oto, głównie dzięki odnalezionej przez Freda prawnuczce, ale nie
Samej Sylii, tylko jej siostry, odkryliśmy historię Kościańskiego
i przywróciliśmy mu jego imię. No, może jeszcze niezupełnie, bo
oficjalnie zostanie mu ono przywrócone, dopiero gdy zostanie
urzędowo zidentyfikowany, ale wiecie o co chodzi.
Richard
Martin pochodził z prostej rodziny, ale miał głowę na karku i
sporą siłę przebicia, dzięki której w wieku lat trzydziestu był
nieźle prosperującym pilotem, obsługującym linie pocztowe. Wtedy
poznał Sylię, pięć lat od niego młodszą, najzupełniej głupim
przypadkiem. Jechał mianowicie wiejską drogą, samochodem
oczywiście, nie samolotem, kiedy przed maskę wbiegł mu dzieciak.
Martin zdołał skręcić i ominął smarkacza, jednak trafił w
murek i skasował samochód, rozbijając sobie przy ty głowę o
kierownicę. Niewykluczone, że tatuś dziecka dołożyłby do tej
dewastacji coś od siebie, gdyby nie to, że napatoczyła się akurat
Sylia, odbywająca akurat konną przejażdżkę. Załagodziła
konflikt, opatrzyła Martina i tak zaczęła się ich przyjaźń,
która szybko zmieniła się w miłość.
Był
tylko jeden drobny problem. Sylia pochodziła z bardzo bogatej,
arystokratycznej rodziny, Martin zaś, cóż, był synem mechanika.
Jednym słowem: mezalians. Nie do przyjęcia dla rodziny Sylii.
Dziewczyna nie potrafiła postąpić wbrew woli rodziców, tymczasem
zrównany przez nich z ziemią przy próbie oświadczyn Richard
uniósł się honorem i stwierdził, że udowodni im, iż nie jest
byle kim. No i wyleciał w ten fatalny lot Miami - Recife, zakończony
kraksą w wenezuelskiej dżungli. A ona czekała.
I
nigdy nie wyszła za mąż, ani się z nikim nie związała. Zginęła
w czasie II Wojny.
-
No to teraz będą znowu razem - podsumowała cioteczna prawnuczka. -
Jeśli pomożecie mi sprowadzić Martina do Szkocji, pochowam go
razem z nią.
-
To chyba należało do Sylii? - podałam jej medalion nad stolikiem
kafejki w Glasgow.
-
Tak, pisała o tym w swoim pamiętniku - prawnuczka obejrzała
medalion z ciekawością. - Lubiła pisać pamiętniki. Stąd znam
jej historię.
-
Skądś to znam - mruknęłam.
-
Wiesz co? - przesunęła medalion w moją stronę. - Myślę, że
powinnaś to zatrzymać. Prezent od Sylii, za to, że znalazłaś jej
Martina.
-
Doprawdy nie wiem co bym zrobiła, gdybym zgubiła swojego -
wymamrotałam.
No
i tak, moi drodzy. Książka się pisze. Pobieramy się z Wasylem w
czerwcu, jak się tylko sezon skończy. A potem jedziemy w podróż
poślubną, do Afryki.
Coś
mi mówi, że powinnam kupić z tej okazji nowy dziennik, bo w tym
zostało już tylko kilka kartek.
Może
lepiej kupię.
Tak
na wszelki wypadek.
KONIEC
_____________________________________________________________________________
Tak oto dotarłam do końca tej opowieści. Tym wszystkim, którzy zechcieli mi w tym towarzyszyć bardzo dziękuję za wszystkie komentarze i słowa wsparcia ( a zwłaszcza dziękuję mojej bezcennej muzie, Fiolce :*). Nie smućcie się jednak za bardzo, bo ci bohaterowie jeszcze powrócą, w całkiem innej opowieści :)
Martina
No jakże piękne zakończenie ^^ Bardzo mnie rozśmieszyła reakcja Freddiego na wieść o ciąży Pam :D
OdpowiedzUsuńKońcówka naprawdę mnie wzruszyła :)
Również Ci dziękuję :*
Już nie mogę się doczekać Twojego nowego bloga :)
Pozdrawiam :*
Ja chce i domagam się już tego obiecanego sequela! Jak zwykle fantastycznir,będę tęskniła za wszystkimi a zwłaszcza za Freddym i Pam. Lewodupa dostał to,na co zasłużył. No i historia o Rysiu i Sylii,taka romantyczno-tragiczna. Kwiik. Pisz szybko kolejne opko,bo nie wytrzymam,oszaleje :-P
OdpowiedzUsuńSzkoda, że to już koniec tego opowiadania, strasznie mi się ono podobało. Jak tylko będę na komputerze dodam Twoje nowe opowiadanie do czytanych, możesz być tego pewna! Reakcja Freda na wieść, że zostanie ojcem była całkiem zabawna. No cóż, wszystko co dobre kiedyś się kończy...
OdpowiedzUsuńKomentarz piszę pierwszy raz, jednak każdy rozdział przeczytałam chyba dwukrotnie :) uwielbiam to opowiadanie :) z niecierpliwością oczekuję następnego, oby jak najszybciej!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i życzę weny!
xoxo
Kinga
Jejku, jakie to jest cudowne!
OdpowiedzUsuńFreddy, kocham Cię!
Padłam jak wianek wylądował na główce Wasyla :D
Jeśli kiedykolwiek gdziekolwiek usłyszę określenie "Ruda wariatka" to skojarzy mi się tylko z jednym ;)
Jesteś genialna!
Jeszcze jedno mi się przypomniało - noc, gwiazdy, umięśniony tors ukochanego faceta i spocony Rooney w tv. No musiałam :D
Usuńfuck yeah, wreszcie nadrobiłam zaległości odnośnie tego opowiadania, tylko wiesz co... jakoś mi tak teraz smutno bez nich będzie, ale skoro mówisz, że jeszcze powrócą, to jest dla mnie nadzieja. ;)
OdpowiedzUsuńreakcja Freddiego na ciąże Pam była niesamowita. rozczuliła mnie, to taki świetny facet i jeszcze ten ich ślub taki piękny, wymarzony wrecz. a jak sobie wyobraziłam Wasyla z tym wiankiem na głowie to z tego śmiechu ledwo doszłam do siebie. z Idgie tworzą taką dobraną pare, trzymam za nich kciuki. co do ubłoconego Rooneya to może lepiej sie wypowiadać nie bede, ale fakt, to musiała być wilelce romantyczna sytuacja. XD
dobra, za Anioła sie zabiore bo z tego co wyczaiłam tam też Wasyl XD