niedziela, 22 września 2013

Epilog

Zdjęcia Lewego, traktowanego przez małżonkę kopniakiem z półobrotu ukazały się w brukowcach i nie tylko brukowcach całej Europy (między innymi za sprawą Freddiego, który wykonane przez siebie foty wysłał wszystkim gazetom, które chciały i tym które nie chciały też). Okazało się również, że przezorna Lewandowska doprowadziła do podpisania przed ślubem intercyzy, w myśl której gdyby zechciała się rozwieść z powodu niewierności małżonka, mogłaby go puścić w skarpetkach. Tak oto Lewy został najsłynniejszym pantoflarzem Europy, poniewieranym przez żonę bez litości i potulnie to znoszącym.
Freddie i Pam pobrali się w marcu. Ceremonia odbyła się na Florydzie, w Boca Raton, na to bowiem miejsce uparł się Fred.
- Ja tam ciebie po raz pierwszy zobaczył i mnie trafił ten taki... - tłumaczył z przejęciem. - Ta niebiańska elektryczność sycyliańska!
Ogłuszył nas wszystkich radykalnie w pierwszej chwili.
- Co cię, przepraszam, trafiło? - zapytała Rhi. Była obecna, rozmowa bowiem odbywała się w jej mieszkaniu w Glasgow. Zjechaliśmy się obgadać z wydawcą kwestię książki o Kościańskim, czyli tajemniczym szkielecie z bagien. Freddie przyjechał z Pam, ja niestety bez mojego niedźwiedzia, ten bowiem bawił na obozie treningowym.
- No ten taki... - plątał się Fred. - Takie jasne i długie z nieba!
- Piorun! - odgadła błyskotliwie Abby, uwalniając nas od ciężaru dalszej dedukcji.
- Tak! - Fred się rozjaśnił wewnętrznym światłem. - Piorun mnie trafił! I dlatego chcę ci ślubać tam i tylko tam!
Chwycił Pam za ręce i potrząsnął nimi tak, że aż cała podskoczyła.
- No dobrze, kochanie, dobrze, możemy w Boca, mnie wszystko jedno - oznajmiła. - Chcę, żebyć był moim mężem, a gdzie to się stanie, to już drobiazg.
Freddie ucałował dłonie swojej narzeczonej z takim ogniem, że o mało nie zrzucił ze stołu połowy jego zawartości.
- Tylko musimy się pospieszyć, skarbie - rzekła Pammy z filuternym uśmiechem. - Co teraz mamy za miesiąc?
- Styczeń, druga połowa - odparła uczynnie Abby.
- No to musimy zrobić ten ślub najpóźniej w marcu, bo nie chcę się toczyć do ołtarza - oznajmiła Pam.
- Toczyć? - zdziwił się Fred. - Czemu toczyć? Ty masz takie piękne długie noga!
Pam pokręciła głową z miną "Ach ci mężczyźni!".
- Nie rozumiesz? - zapytała Freda, usmiechając się łagodnie.
Domyślałam się co usiłuje przekazać, Rhi i Abby sądząc z min też nie miały z tym problemu, tylko Freddie patrzył wzrokiem tyleż cielęcym, co pełnym uwielbienia.
- Nie - odparł. Sięgnął po cukiernicę i jął sypać łyżeczką cukier do swojej filiżanki herbaty.
- Jestem w ciąży, głupku - rzekła Pam czule.
Cukiernica drgnęła w ręku Freda, przechyliła się i cała jej zawartość poleciała do filiżanki, z której herbata polała się kaskadą na spodek.
- Ty... - głos Freddiego wyraźnie drżał. - Ty oczekujesz dziecko? Nasze dziecko?
Pam skinęła głową.
Fred oblizał wargi, po czym sięgnął po filiżankę, zapomniawszy, lub nie zauważywszy, że zamiast napoju ma tam gęsty lukier. Pociągnął tęgi łyk, wytrzeszczył oczy, splunął na dywan, otarł usta i zapytał.
- Dziecko...?
- Nic się nie stało, nic się nie stało! - uspokajała Rhi.
- To ja pójdę po mokrą ścierkę! - poderwała się Abby.
- Dziecko! - wrzasnął Freddie radośnie. Zerwał się od stołu, chwycił Pam w objęcia i zamiótł nią z impetem dookoła, wbijając usiłującą się przecisnąć boczkiem Abby w wielką donicę z palmą. Rhi zasłaniała stół własną piersią, ja kominek, żeby nie wpadli w te wszystkie ruszty i pogrzebacze, a Fred dalej szalał.
- Ja będę tata! - krzyczał podskakując z roześmianą Pam w uścisku. - Ja ciebie kocham, kocham, kocham! Ty jesteś moje słońce i księżyc i gwiazda i wszystkie ciało niebieskie!
Abby wbiła się głębiej w palmę, usiłując uniknąć stratowania, bo salon Rhi nie miał rozmiarów sali balowej w zamku Windsor, tymczasem Rhiannon trwała w wyraźnym dylemacie: dalej zasłaniać stół, czy chronić przed tym rozpląsanym francuskim szaleńcem kredens, z zabytkową zastawą po babci.
- Też cię kocham! - pufnęła zduszona Pam w pierś Freda. - Ale już mnie odstaw, wariacie, zanim zdemolujesz Rhi cały salon!
Fred wyhamował w rozpędzie, uwolnił swą bogdankę z objęć i rozejrzał się dookoła. Mokra plama na dywanie i Abby, czająca się w palmie niczym Robin Hood w Lesie Sherwood otrzeźwiły go z miejsca.
- To wszystko ja? - rzekł. Podał Abby rękę, pomagając jej wyjść z kwiecia. Nie ucierpiało za bardzo, za to Abby miała na tyłku plamę z ziemi. - Ja przepraszam, ale ja jestem taki szczęśliwa człowiek! Ja kupię ta spódnica...
- Nic się nie stało, ona się dobrze pierze - odparła Abby, odsuwając się na wszelki wypadek. Freddie w obecnym stanie ducha wyglądał na człowieka w pełni zdolnego zedrzeć z niej tę spódnicę, celem natychmiastowego wyczyszczenia.
- ...ja dywan myję już, nie będzie plama, ale rozumiecie, ja jestem taki szczęśliwa, że ja prawie wybucham!
Uparł się i osobiście uprał ten dywan, trzeba go było przy tym znowu hamować, bo czynił to z takim zapałem, że mógłby przetrzeć dziurę na wylot. Dał się jakoś doprowadzić do przytomności i zdołaliśmy dokończyć sprawy zawodowe.
Pobrali się zatem w marcu, a ceremonia odbyła się na plaży. Nie wiem jakim cudem Wasyl zdołał sobie wtedy wyrwać odpowiednią ilość wolnych dni (Rhi i Abby nie zdołały), ale zdołał i polecieliśmy tam we dwoje. Szarpnął się nawet i kupił elegancki letni gajer w kolorze białym, twierdząc, że w czarnym przy prawie trzydziestu stopniach nie wytrzyma, a w krótkich gaciach przyjść mu nie wypada. Ja problemów odzieżowych nie miałam, nabycie dostatecznie eleganckiej i dostatecznie zwiewnej kiecki było proste niczym drut.
Pam zakwaterowała nas w hotelu, który składał się z eleganckich bungalowów, położonych nad samym morzem. Rozpakowaliśmy się w naszym bungalowie, odmeldowaliśmy Pammy i Fredowi, odespaliśmy jetlaga, po czym okazało się, że jest trzecia rano, a my jesteśmy radośni jak skowronki i gotowi do działania. I absolutnie nie senni.
Fajnie, nikt nie powiedział, że łóżko służy wyłącznie do spania. Kochaliśmy się zatem z wielkim zapałem, nie tylko w łózku zresztą, potem Wasyl zamówił do pokoju butelkę wina i wzięliśmy długą kąpiel w wannie tak dużej, że można byłoby w niej spokojnie zrobić rekonstrukcję bitwy pod Trafalgarem. Wysuszyliśmy wino, zachlapaliśmy łazienkę, wysuszyliśmy z kolei siebie, wróciliśmy do łóżka, ale tym razem tylko grzecznie włączyliśmy telewizor. Real Housevives of Miami wstrząsnęły nami do głębi, The Kardashians jeszcze bardziej, skończyło się więc tym, że Marcin wyłapał jakiś angielski kanał sportowy, na którym leciała powtórka meczu Manchester United z kimś tam. Uświadomiłam sobie, że leżę w luksusowym bungalowie na Florydzie, z wściekle romantycznym widokiem za oknem, brodę wspieram na godnym gladiatora torsie superseksownego faceta... i gapię się na spoconego i ubłoconego Wayne'a Rooneya na ekranie telewizora.
Absurdalność tej sytuacji w połączeniu ze świrującym skutkiem lotu organizmem doprowadziła mnie do nieopanowanego ataku dzikiej głupawki. Zaczęłam się śmiać, ba, rżeć, tarzając się po łóżku i płacząc w klatę mego supermana, kwicząc, prychając i płacząc.
- Idgie, co jest? - Marcin oderwał się od tłumaczenia mi niuansów angielskiego futbolu.
Chichocząc jak upalona hiena, podniosłam rękę i wskazałam na ekran, na którym akurat kotłowała się grupka zawodników.
- Ja... my... ja nie mogę! - kwiknęłam, zwijając się w kłębek, by zaraz się rozwinąć. - Boże, to takie porąąąąąbaaaaaneeee!!!
Rżałam przez dobre dziesięć minut, nie potrafiąc mu wyjaśnić co mnie tak rozbawiło. Na szczęście znał mnie na tyle dobrze, że nie wezwał facetów w białych kitlach, tylko ze stoickim spokojem przeczekał mój atak wesołości.
Jakoś dotrwaliśmy do dnia następnego, w którym wybuchło nieduże pandemonium, związane z przygotowaniami do wyjścia. Jak zwykle.
- Kochanie ty moje, czyś ty przekładał moją kosmetyczkę? - syczałam z łazienki głosem indyjskiej kobry.
- Ten kufer? Żebym kontuzję podłapał? - burczał Marcin z sypialni. - Gdzie są, do cholery, moje czyste skarpetki?!
- Tam, gdzie je pieprznąłeś - warczałam, przeszukując półkę pod lustrem i inne łazienkowe zakamarki. - Nie kufer, tę mniejszą, w kratkę! Z mazidłami do twarzy!
- Nic nie wiem o żadnych kratkach z mazidłami! - bulgotał mężczyzna mojego życia. - Jakaś kosmetyczka leży na toaletce, oczu nie masz?
No fakt, sama ją tam położyłam. Porzuciłam wychodek i poleciałam do sypialni. Wasyl rył w szafie jak wściekły dzik, miotając klątwy, z których domyśliłam się, że skarpetki znalazł, teraz zaś szuka krawata.
- Jakbyś nie ładował ciuchów w jednym kłębie do szafy, tobyś nie miał problemu - zauważyłam słodko, zabierając się do malowania gęby.
- Nie denerwuj mnie, bo pójdę w samych gaciach! - zagroził, z wyrazem twarzy, którego mogłabym się przestraszyć, gdybym znała go odrobinę gorzej.
- Mnie to nie przeszkadza - mruknęłam, po czym zgrabnym ruchem pomalowałam sobie nie tylko górne rzęsy, ale także kawałek powieki nad nimi. - Jasna cholera!
Tymczasem mój mężczyzna wbijał się w koszulę.
- Szlag by to, za ciasna pod szyją - mamrotał, dopinając guziki.
- Nie było takich z większym rozmiarem kołnierzyka? - pracowicie ścierałam tusz z powieki, mając nadzieję, że oko nie będzie czerwone.
- Były, na walenie dziesięć ton żywej wagi - parsknął. - Nic nie poradzę, albo robią koszule na śledzie z szyjami jak patyczki, albo na wieloryby.
- To odpuść sobie krawat, nie będziesz musiał zapinać się pod szyję - poradziłam, odwracając się od lustra. - Ty zamierzasz się w tym ludziom pokazać?
Pomacał się po koszuli, jakby chciał wygładzić te niezliczone zagniecenia na niej i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- No. Coś nie tak jest? Plamę mam?
Powstrzymałam facepalma w połowie gestu, przypomniawszy sobie, że mam świeżo malowaną gębę.
- Oświadczam ci uprzejmie - rzekłam, spinając włosy w planowo niedbały kok - że wyjdziesz stąd w tej koszuli, bez prasowania, wyłącznie po moim trupie. Siedziałeś na niej, czy woziłeś ją w torbie treningowej? Bo wygląda gorzej niż psu z gardła wyjęta.
- Serio? - Wasyl zdziwił się jeszcze bardziej.
- Serio. Żelazko, ale już - rozkazałam.
- Kurwa, spóźnimy się - złapał się oburącz za głowę. - Gdzie tu jest żelazko???
Pomogłam mu szukać, nie byłam taka. Przewróciliśmy sypialnię, łazienkę, czas mijał nieubłaganie. Przyszedł chłopak z zamówionymi kwiatami, otworzył mu Wasyl, bo akurat miał bliżej do drzwi, ja tymczasem grzebałam w aneksie kuchennym.
- Ty, ten chłopak z kwiaciarni to jakiś dziwny - stwierdził Marcin, stawiając bukiet na kuchennym bufecie. - Jakiś taki spietrany był, od razu uciekł i nawet napiwku nie chciał.
Przyjrzałam mu się. No tak, sto osiemdziesiąt sześć centymetrów potężnie umięśnionego chłopa, w dodatku odzianego wyłącznie w bokserki, mocno wytatuowanego, ciemnowłosego i z morderczym wyrazem twarzy.
- Wziął cię pewnie za jakiegoś narkotykowego barona - orzekłam. - Tu takich pełno.
- Mnie??? - zdziwił się Wasyl szalenie.
- Aha. Cie - rzekłam i z rozmachem otworzyłam wysoką szafkę na granicy salonu i kuchni.- Jezusie!
Deska do prasowania ukryta dotąd we wnętrznościach mebla, teraz entuzjastycznie rozłożyła się i zaprawiła mnie przy tym w czoło. Usiadłam z impetem na płytkach podłogi, łapiąc się za głowę.
Mężczyzna mego życia stanął na wysokości zadania. Wydłubał mnie spod deski, przytulił do swej rozłożystej piersi, potem obejrzał stłuczone miejsce, ucałował i zaaplikował okład z lodu, w plastikowej torebce owiniętej ścierką (żeby topiąc się nie popsuł mi makijażu), wreszcie usadził na najbliższym fotelu i zabrał się do prasowania.
Niewiarygodne, a jednak prawdziwe, doszliśmy na ten ślub na czas, odziani należycie i nawet mi guz na czole nie wyrósł po zderzeniu z deską.
- W tym garniturze - rzekłam, lustrując Wasyla uważnie. - W tym garniturze wyglądasz nie tylko jak narkobaron, ale wręcz jak narkobaron z "Policjantów z Miami".
- Jesteśmy na Florydzie, więc wszystko pasuje - wyszczerzył się, zadowolony.
Stanęliśmy na piasku, w grupce gości, powiększającej się z wolna. Morze szumiało cicho, roziskrzone w słońcu, jak postaw błękitnego jedwabiu, na który ktoś cisnął garść klejnotów. Samotny, biały ptak unosił się wysoko, na lazurowym niebie, poddając się swobodnie wiatrom wiejącym tam w górze. Przypomniałam sobie tamtą plażę, tamto morze i odruchowo poszukałam dłonią ręki Marcina.
Na brzegu morza stał już ksiądz, przy nim zaś blady i przejęty Fred, w białym garniturze, ale bosonogi. Wyglądał prawie jak wtedy, gdy wyrzuciło go morze, tyle, że czyściej i schludniej.
Nagle za grupą gości, od strony lądu, coś zahuczało. Obejrzeliśmy się wszyscy jak na komendę. Po drewnianych stopniach na plażę schodził facet, dmący w wielką konchę. Jej basowy dźwięk niósł się daleko, tymczasem facet przeszedł między gośćmi, dzieląc ich na dwie gromady, po czym zadął w konchę po raz drugi i trzeci, ostatni raz najdłużej.
Wtedy na schodach ukazała się Pam. Odziana była w białą prostą, cienką sukienkę do kolan, na głowie zaś miała wianek z różowych kwiatów, a stopy bose, tak jak Freddie. Szła sama, wiatr zaś igrał z rąbkiem jej sukienki, unosząc go i targając, tak, że falował delikatnie wokół jej szczupłych ud. Patrzyliśmy na nią wszyscy w absolutnej ciszy, a najbardziej patrzył Fred.
Podeszła do niego i delikatnie ujęła jego dłonie. Słońce świeciło nad ich głowami i przez chwilę wyglądali jak żywa inscenizacja karty "Kochankowie", jednego z Wielkich Arkanów Tarota.
- Zebraliśmy się tutaj, aby połączyć tych dwoje... - zaczął ksiądz swoją zwyczajową mowę.
Spojrzałam na Wasyla. Stał zadumany, patrząc na młodych, ściskając moją dłoń w swojej, wielkiej i ciepłej.
-...czy ty Fredericku Thenardier bierzesz sobie tę kobietę za żonę...?
- Tak, o Boże, tak!
Objęłam Wasyla w pasie, wtulając twarz w jego bok, pachnący tak znajomo, jego kosmetykami, jgo ciałem i bezpieczeństwem. Spojrzał na mnie, w kącikach oczu czaił mu się uśmiech.
- ...czy ty, Pamelo Richardson bierzesz sobie tego mężczyznę za męża...?
- Tak!
- Ogłaszam was mężem i żoną. Fredericku, możesz teraz pocałować pannę młodą.
Freddiemu nie trzeba było powtarzać. Chwycił Pam w ramiona i zatonęli w pocałunku tak namiętnym, jakby nie istniał dla nich czas, ani przemijanie. Przez tę jedną chwilę byli wieczni, zatopieni w słońcu, jak motyle w bursztynie.
Potem pobiegli plażą i schodami na górę, goście zaś poszli za nimi. Pam zatrzymała się na szczycie schodów, zdjęła z głowy wianek i rzuciła za siebie.
Trafiła bezbłędnie.
Wianek opisał krótki łuk w powietrzu i wylądował wprost na głowie Wasyla, ku zgryzocie kilku pań, które usiłowały go złapać i rozbawieniu pozostałych gości.
- Jasny gwint - Wasyl pomacał się po głowie. - Śliczny jestem teraz, nie?
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha.
- Jak z obrazka - zapewniłam. - Poza tym wiesz, to ja ci się oświadczyłam, więc wszystko tak jakby pasuje.
- Czekaj , czekaj, ja to jeszcze załatwię porządnie - rzucił mi niby-groźne spojrzenie spod różowego wianka.
Załatwił. Kiedy późną nocą państwo młodzi opuścili wreszcie imprezę, na co nalegał Fred, głęboko zatroskany o stan zdrowia swej małżonki i roznącego w jej łonie potomka, poszliśmy na plażę.
Księżyc znów był w pełni, tak jak tamtej nocy, kiedy kochaliśmy się pierwszy raz. Biegliśmy po wilgotnym piasku, fale lizały nasze stopy, a ocean oddychał niczym potężne płuca, napełniając powietrze słonawą wonią. Gwiazdy lśniły wysoko na niebie, gdzieś na horyzoncie przesuwał się jasny punkcik- przepływający statek.
Wasyl cisnął marynarkę gdzieś za siebie i objął mnie. Czułam jego ciepły oddech na szyi, szorstki zarost jego podbródka drapał moje ramię.
- Pamiętasz tamtą noc? - mruknął, całując mnie w ucho, jego wargi były gorące i wilgotne.
- A myślisz, że mogłabym zapomnieć? - zapytałam.
- Nie wiem. Mogłabyś?
- Nie, nawet gdyby mi zrobili lobotomię zardzewiałym gwoździem - odparłam.
Odwrócił mnie delikatnie twarzą do siebie.
- Moja ruda wariatka - rzekł, uśmiechając się. W półmroku błysnęły jego białe zęby. - Romantyczna jak zawsze.
Pocałował mnie w usta, krótko i delikatnie.
- No dobra - rzekł, macając się po kieszeniach. - Powiedziałem, że załatwię to jak facet. I załatwię.
Klęknął przede mną na oba kolana i spojrzał na mnie, jego oczy lśniły w świetle księżyca.
- Imogene Wright, czy zechcesz zostać moją żoną? - zapytał, wyciągając dłoń, na której leżał pierścionek.
- Wstań - poprosiłam.
Oczy Wasyla były teraz okrągłe jak pięciozłotówki.
- Co?
- Wstań mówię, albo nie! Ja też uklęknę. Żeby było równo.
Zrobiłam jak zapowiedziałam, klękając przed nim.
- Nie jest równo, ruda, przecież jestem od ciebie wyższy - zdziwił się.
- Metaforycznie, niedźwiedziu, metaforycznie! - rzekłam. - Konferujemy tu jak równy z równym!
- O rany - westchnął. - A dowiem się czy zechcesz być moją żoną?
- Tak! - oznajmiłam zwięźle.
- Tak co? Tak, dowiem się, czy tak zechcesz?
Popatrzyłam na niego. Siedział przede mną, wielki, kanciasty, w porozpinanej koszuli, z podwiniętymi rękawami, przechylając głowę na bok.
Czy ja zechcę?
Też mi pytanie.
- Chcę być twoją żoną.
- No to daj łapkę - zażądał.
Podałam mu dłoń, a on wsunął mi pierścionek na palec.
- Jak to jest - rzekł marszcząc brwi - że z tobą nic nigdy nie jest takie... szablonowe?
Nie odpowiedziałam, przyglądając się pierścionkowi na moim palcu.
- A miało być jak w romansach - prychnął śmiechem Wasyl.
- No skoro chcesz szablonowego romantyzmu - rzekłam. - To bardzo proszę.
Złapałam go za poły koszuli, przyciągnęłam do siebie i pocałowałam. Przewróciliśmy się na piasek.
- Ruda wariatka - szepnął, unosząc się nade mną na rękach.
Było to najcudowniejsze wyznanie miłości, jakie w życiu słyszałam.
Jakoś tak w maju zadzwonił do mnie Fred. Na spotkaniu u Rhi, jeszcze w marcu, podzieliliśmy sobie robotę i archiwa do przekopywania, a trochę już było, z tym że dzięki znajomej Rhi nie musieliśmy już szukać na ślepo. Przypomniała sobie, że był taki, który chciał przelecieć z Florydy do Recife, w Brazylii, ale zaginął wraz z samolotem. Nie pamiętała nazwiska gościa, pamiętała natomiast kto mu budował samolot i gdzie.
Moje poszukiwania, prowadzone głównie via net nie były owocne, ale Freddie miał więcej szczęścia.
- Ja wiem jak się one nazywały - rzekł do mnie tajemniczo. - Szkielet i jego dama.
- No? Gdzie znalazłeś? - zapytałam.
- Archiwa - odparł. - I jedna wnuczka pra. Ty siedzisz?
Odruchowo obejrzałam się za siebie. Byłam akurat w kuchni, bo telefon Freda oderwał mnie od robienia obiadu.
- Nie, stoję - odparłam. - A co?
- Usiądnij - rzekł Fred. - Bo jak ci pomówię jak one się nazywają, to ty leżysz.
Usiadłam na kuchennym krześle.
- No powiedzże!
- On to Richard Martin. Ona Sylia Imogene Allardyce.
Imogene? Richard Martin? Zbieg okoliczności był tak potężny, że aż zakręciło mi się w głowie.
- Niemożliwe - oznajmiłam stanowczo. - Kantujesz!
- Żadne kanty - odparł Freddie. - Sama prawda!
Tak oto, głównie dzięki odnalezionej przez Freda prawnuczce, ale nie Samej Sylii, tylko jej siostry, odkryliśmy historię Kościańskiego i przywróciliśmy mu jego imię. No, może jeszcze niezupełnie, bo oficjalnie zostanie mu ono przywrócone, dopiero gdy zostanie urzędowo zidentyfikowany, ale wiecie o co chodzi.
Richard Martin pochodził z prostej rodziny, ale miał głowę na karku i sporą siłę przebicia, dzięki której w wieku lat trzydziestu był nieźle prosperującym pilotem, obsługującym linie pocztowe. Wtedy poznał Sylię, pięć lat od niego młodszą, najzupełniej głupim przypadkiem. Jechał mianowicie wiejską drogą, samochodem oczywiście, nie samolotem, kiedy przed maskę wbiegł mu dzieciak. Martin zdołał skręcić i ominął smarkacza, jednak trafił w murek i skasował samochód, rozbijając sobie przy ty głowę o kierownicę. Niewykluczone, że tatuś dziecka dołożyłby do tej dewastacji coś od siebie, gdyby nie to, że napatoczyła się akurat Sylia, odbywająca akurat konną przejażdżkę. Załagodziła konflikt, opatrzyła Martina i tak zaczęła się ich przyjaźń, która szybko zmieniła się w miłość.
Był tylko jeden drobny problem. Sylia pochodziła z bardzo bogatej, arystokratycznej rodziny, Martin zaś, cóż, był synem mechanika. Jednym słowem: mezalians. Nie do przyjęcia dla rodziny Sylii. Dziewczyna nie potrafiła postąpić wbrew woli rodziców, tymczasem zrównany przez nich z ziemią przy próbie oświadczyn Richard uniósł się honorem i stwierdził, że udowodni im, iż nie jest byle kim. No i wyleciał w ten fatalny lot Miami - Recife, zakończony kraksą w wenezuelskiej dżungli. A ona czekała.
I nigdy nie wyszła za mąż, ani się z nikim nie związała. Zginęła w czasie II Wojny.
- No to teraz będą znowu razem - podsumowała cioteczna prawnuczka. - Jeśli pomożecie mi sprowadzić Martina do Szkocji, pochowam go razem z nią.
- To chyba należało do Sylii? - podałam jej medalion nad stolikiem kafejki w Glasgow.
- Tak, pisała o tym w swoim pamiętniku - prawnuczka obejrzała medalion z ciekawością. - Lubiła pisać pamiętniki. Stąd znam jej historię.
- Skądś to znam - mruknęłam.
- Wiesz co? - przesunęła medalion w moją stronę. - Myślę, że powinnaś to zatrzymać. Prezent od Sylii, za to, że znalazłaś jej Martina.
- Doprawdy nie wiem co bym zrobiła, gdybym zgubiła swojego - wymamrotałam.
No i tak, moi drodzy. Książka się pisze. Pobieramy się z Wasylem w czerwcu, jak się tylko sezon skończy. A potem jedziemy w podróż poślubną, do Afryki.
Coś mi mówi, że powinnam kupić z tej okazji nowy dziennik, bo w tym zostało już tylko kilka kartek.
Może lepiej kupię.
Tak na wszelki wypadek.

KONIEC
_____________________________________________________________________________
Tak oto dotarłam do końca tej opowieści. Tym wszystkim, którzy zechcieli mi w tym towarzyszyć bardzo dziękuję za wszystkie komentarze i słowa wsparcia ( a zwłaszcza dziękuję mojej bezcennej muzie, Fiolce :*). Nie smućcie się jednak za bardzo, bo ci bohaterowie jeszcze powrócą, w całkiem innej opowieści :)
Martina

7 komentarzy:

  1. No jakże piękne zakończenie ^^ Bardzo mnie rozśmieszyła reakcja Freddiego na wieść o ciąży Pam :D
    Końcówka naprawdę mnie wzruszyła :)
    Również Ci dziękuję :*
    Już nie mogę się doczekać Twojego nowego bloga :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja chce i domagam się już tego obiecanego sequela! Jak zwykle fantastycznir,będę tęskniła za wszystkimi a zwłaszcza za Freddym i Pam. Lewodupa dostał to,na co zasłużył. No i historia o Rysiu i Sylii,taka romantyczno-tragiczna. Kwiik. Pisz szybko kolejne opko,bo nie wytrzymam,oszaleje :-P

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że to już koniec tego opowiadania, strasznie mi się ono podobało. Jak tylko będę na komputerze dodam Twoje nowe opowiadanie do czytanych, możesz być tego pewna! Reakcja Freda na wieść, że zostanie ojcem była całkiem zabawna. No cóż, wszystko co dobre kiedyś się kończy...

    OdpowiedzUsuń
  4. Komentarz piszę pierwszy raz, jednak każdy rozdział przeczytałam chyba dwukrotnie :) uwielbiam to opowiadanie :) z niecierpliwością oczekuję następnego, oby jak najszybciej!
    Pozdrawiam i życzę weny!
    xoxo
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
  5. Jejku, jakie to jest cudowne!
    Freddy, kocham Cię!
    Padłam jak wianek wylądował na główce Wasyla :D
    Jeśli kiedykolwiek gdziekolwiek usłyszę określenie "Ruda wariatka" to skojarzy mi się tylko z jednym ;)
    Jesteś genialna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze jedno mi się przypomniało - noc, gwiazdy, umięśniony tors ukochanego faceta i spocony Rooney w tv. No musiałam :D

      Usuń
  6. fuck yeah, wreszcie nadrobiłam zaległości odnośnie tego opowiadania, tylko wiesz co... jakoś mi tak teraz smutno bez nich będzie, ale skoro mówisz, że jeszcze powrócą, to jest dla mnie nadzieja. ;)
    reakcja Freddiego na ciąże Pam była niesamowita. rozczuliła mnie, to taki świetny facet i jeszcze ten ich ślub taki piękny, wymarzony wrecz. a jak sobie wyobraziłam Wasyla z tym wiankiem na głowie to z tego śmiechu ledwo doszłam do siebie. z Idgie tworzą taką dobraną pare, trzymam za nich kciuki. co do ubłoconego Rooneya to może lepiej sie wypowiadać nie bede, ale fakt, to musiała być wilelce romantyczna sytuacja. XD
    dobra, za Anioła sie zabiore bo z tego co wyczaiłam tam też Wasyl XD

    OdpowiedzUsuń